Kwiecień 2014
P W Ś C P S N
« mar    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930  

Archiwa

stat4u

Grabarz Lasów Państwowych odszedł – nareszcie

Gdybyśmy byli nieskromni, moglibyśmy napisać, że notka na naszej stronie spowodowała ruch pana Premiera i przyjął dymisję ministra Zalewskiego. Moglibyśmy, ale my jesteśmy skromni i zacytujemy wpis ze strony Lasów Państwowych:

„Szef rządu Donald Tusk wyraził zgodę na rezygnację Janusza Zaleskiego ze stanowiska Głównego Konserwatora Przyrody i podziękował ministrowi za wspólną pracę.

Minister Zaleski uzasadnił swoją dymisję innymi planami zawodowymi. Po ponad 6 latach pracy i współpracy z 4 ministrami środowiska, wiceminister żegna się z urzędem w przyjaznej atmosferze. To bardzo dobry standard postępowania w podobnych sytuacjach w administracji publicznej.”

Wielu obserwatorów życia politycznego w Lasach i nie tylko, uważa, że gdyby pan Janusz Zalewski podał się do dymisji, kiedy grabiono Lasy, byłby dziś leśnym bohaterem, a tak pozostał po nim niesmak i ulga, że odszedł człowek, który nie ma kręgosłupa. Jeszcze inni pamiętają wypowiedź posła prof. Jana Szyszko, kiedy podczas debaty o lasach zwrócił się do pana Zalewskiego, aby podał się do dymisji. I podał się.
Lepiej późno niż wcale.

Nadszedł czas rozstania

 Obecny Rok Pański 2014 dla wielu z nas będzie czasem pożegnań. Odchodzić będą  na zasłużony odpoczynek (przed wiecznym spoczynkiem) kolejne roczniki kolegów którym udało się całe swoje życie zawodowe przepracować w nadal jeszcze funkcjonującej instytucji pt.„Lasy Państwowe”.

Jedni odejdą skromnie bez specjalnego rozgłosu, pożegnań, zadęcia, innym – nie wiedzieć czemu doklejona zostanie etykietka „Wielce Zasłużonego”. Wkrótce jednym z głównych aktorów takiego spektaklu będzie wieloletni Z-ca Dyrektora ds. Ekonomicznych w jednej z RDLP. Jego zawodowa droga to przykład prawdziwej kariery a mówiąc biblijnie przykład trwania w lesie. Odchodził jeden dyrektor, drugi, trzeci, kolejny, a On ciągle trwał.

Wychowanek byłego dyr. OTL Słotwiny z którym pracował i od którego pobierał  nauki. Po rozwiązaniu tego OTL-u „sami swoi”(nie mylić z filmem) nie zapomnieli i przygarnęli Go do pracy w OZLP (obecnie RDLP). Od 1991 roku dostał stanowisko Gł. Księgowego a zaraz potem Z-cy Dyrektora ds. Ekonomicznych i okazało się, że na zawsze. W/w bardzo pracował nad swoim wizerunkiem kreując się na takiego, który nikomu nie zaszkodził, ale i nie pomógł. Za jego pomocą miejsca pracy w lasach znalazło wielu bliskich i znajomych. Zawsze pilnował przysłowiowych 5 groszy, a z drugiej strony, razem z innymi decydentam,i potrafił wydawać pieniądze LP na różne często dziwne cele.

Za to zawsze dbał o swoje interesy i był bardzo lojalny dla tych, którzy pozwalali trwać. A pozwalali wszyscy od lewa do prawa..

Za swoją w pełni oddaną „sprawie” pracę dostał propozycję pracy od ówczesnego „jenerała” na eksponowane stanowisko do DGLP w Warszawie – jednak z niej nie skorzystał. Na polecenie tegoż Dyrektora uczestniczył w zespole razem z innymi jako współtwórca tzw. „Planu Baryły” na lasy, czyli optymalizacji, a w rozumieniu leśniczych, czyli z perspektywy „budy dla psa”, w redukcji leśnictw i zatrudnienia w LP.

Zupełnym falstartem, co okazało się teraz, było wieloletnie przymusowe oszczędzanie, przez co, po ograbieniu lasów z pieniędzy, Dyrekcja ta musi zapłacić 70 mln zł. haraczu. Jest to kwota bardzo duża jak na taką małą dyrekcję.

Ale – odchodząc na zasłużony odpoczynek na pewno będą liczne pożegnania, wspomnienia, odznaczenia, upominki, kwiaty, a za niedługo nikt już nie będzie pamiętał o tym Panu. (poza nielicznymi wiernymi).

Kończąc można tylko życzyć „emerytowi” dużo zdrowia, bo resztę dzięki lasom i „samym swoim” już ma.

PS.-Niestety lista „samych swoich” którzy nadal mają istotny wpływ na to wszystko co dzieje się w LP jest długa. Liczne powiązania rodzinne, partyjne układy, układziki, wspólne „biznesiki” świadczą o tym, że ten proceder między innymi doprowadzi do tego, że koniec Lasów Państwowych jest już tuż tuż..

Ale co tam grunt to „rodzinka” i pełny brzuch.

Cztery lata od Smoleńska – anatomia upadku

Polish President's  plane crash in SmolenskPijany Wania z zepsutym traktorem słuchający ruskiego disco, zdolny do bezmyślnej brutalności – ten stereotyp to tylko część prawdy o Rosji. Ona czasami chce, byśmy tak ją postrzegali. Ale jest dziedzina, w której Rosja jest precyzyjna niczym japońska elektronika. Okrucieństwo pijanego Wani używane jest przez rosyjskie służby specjalne w sposób przygotowany, przemyślany i inteligentny. Bo zleceniodawcy zawodowych morderców bywają inteligentni.

„Katyń był fragmentem szeroko opracowanego planu, który wykonano na zimno” – pisał Józef Czapski w książce „Na nieludzkiej ziemi”. Czwarta rocznica Smoleńska i trwająca rosyjska napaść na Ukrainę to odpowiedni moment, żebyśmy odpowiedzieli sobie bez autocenzury na pytanie, częścią jakiej operacji był 10 kwietnia 2010 r.
Oglądam właśnie film Anity Gargas „Anatomia upadku 2”. Informacje o Smoleńsku zebrane w jednym miejscu robią szokujące wrażenie, tym bardziej że pojawiają się w przestrzeni publicznej, gdy dzięki twardej postawie Ukraińców Rosja musiała zdjąć maskę krainy dobrotliwej i miłującej pokój.
Próbuję wczuć się w rolę obcokrajowca, który dowiaduje się, jak wygląda śledztwo smoleńskie w Polsce – kraju będącym członkiem Unii Europejskiej i NATO. Zapewne kręci ze zdziwieniem głową, myśląc, że ogląda film science fiction.
To nie science fiction, to Rosja i postkomunizm – postanawiam wytłumaczyć zarówno jemu, jak i wielu zdezorientowanym moim rodakom.

Smoleńsk jako nowoczesny Katyń
Pytanie: „Ale jaki motyw mogła mieć Rosja?” – pada częściej w nocnych Polaków rozmowach niż w mediach. „Żaden, bo przecież Lechowi Kaczyńskiemu niebawem kończyła się kadencja, a szanse na reelekcję miał raczej niewielkie” – podpowiadają te ostatnie.
Odpowiedź, której sami sobie udzielamy, też bywa błędna lub niepełna. Celem Rosji nie była tylko likwidacja prezydenta Lecha Kaczyńskiego ani samo uderzenie w Polskę. W takim razie co?
Ratując w 2008 r. pod przywództwem Lecha Kaczyńskiego Gruzję, kraje naszego regionu pierwszy raz od II wojny światowej zachowały się tak, jakby były pełnoprawnymi, zachodnimi państwami, a nie satelitami Moskwy. Obok polskiego prezydenta stał przywódca Ukrainy.
Rosja nie chciała w swojej strefie wpływów ani niepodległych narodów zabiegających o swoje interesy, ani zachodnich standardów. W szczególności zaś nie chciała sojuszu polsko-ukraińskiego. Polska i jej sojusznicy nie byli dla Rosji największym kłopotem na świecie, ale znaczącym regionalnym zagrożeniem.
Moskwa rozwiązała to zagrożenie w sposób typowy dla swojej polityki od wieków, natomiast dostosowany do czasów internetu i masowych mediów.
Smoleńsk był demonstracją, odpowiedzią Rosji: jesteście tylko postkolonialnymi byłymi demoludami, skoro prezydenta Polski, która miała aspiracje wam przewodzić, można bezkarnie zabić. I zarówno jego naród, jak i zachodni sojusznicy nie ruszą w tej sprawie palcem. I pamiętajcie, że tego, kto będzie podskakiwał, spotka ten sam los.
Rosja Putina prowadzi konsekwentną operację na rzecz podporządkowywania sobie dawnego bloku wschodniego i Smoleńsk był jej – jak wykażemy – logicznym elementem.
Ci, którzy nie wierzyli w zamach, wysuwali zaraz po katastrofie argument, że byłby on dla Rosji zbyt ryzykowny. Cztery lata po 10 kwietnia wiemy już, że to nieprawda. Nawet ci, którzy twierdzą, że zamachu nie było, muszą przyznać, że Rosja jeśli tylko chciała, mogła go zorganizować. Międzynarodowa komisja w tej sprawie nie powstała. Moskwa ma nadal główne dowody w swoich rękach.
Smoleńsk to był nowoczesny Katyń. Przygotowywany powoli, starannie, konsekwentnie i wszechstronnie. A jego sprawstwo zostało zamaskowane metodami, które są w użyciu w Rosji na co dzień, przy okazji zabójstw niewygodnych dziennikarzy czy działaczy praw człowieka.
Tekst niniejszy służyć ma wyjaśnieniu, dlaczego i jak przygotowano tę zbrodnię.

Bunt Europejczyków drugiej kategorii
Do pełnego zrozumienia, czym był Smoleńsk, jakie były jego przyczyny, przebieg i skutki, niezbędna jest wiedza z trzech dziedzin.
Po pierwsze, systematyczne obserwowanie niezależnych śledztw dziennikarskich, naukowych konferencji, prac sejmowego zespołu. I obiektywne konfrontowanie ich dorobku z propagandą Rosjan i rządu Tuska. Wniosek: robi to niewielka część Polaków.
Po drugie, znajomość metod imperium rosyjskiego w podboju świata. Sposobów doprowadzania do rozkładu państw, które Moskwa chce podbić lub zwasalizować. Zupełnie odmiennych od europejskich. W szczególności przydatna jest tu znajomość dorobku polskich sowietologów i znawców Rosji z czasów II RP i antykomunistycznej emigracji, w czasach zimnej wojny zatrudnianych przez Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu. Wniosek: zrozumienie rosyjskich metod jest wśród Polaków niewielkie i raczej instynktowne. Na pewno dużo mniejsze niż w XIX wieku czy w czasach PRL.
Po trzecie, znajomość technologii morderstw politycznych, będących codziennością we współczesnej Rosji. Od początków, czyli PR-owych przygotowań, po schematy ich tuszowania. Wniosek: niewielu Polaków czytało Politkowską czy Litwinienkę. I znów: mają oni tylko potoczną, instynktowną wiedzę, że w Rosji władza jest bezkarna.
Z tych trzech punktów wynika więc, że jakkolwiek większość Polaków nie wierzy Rosji, bo wie, co to komuna i KGB, to jednocześnie nie rozumie, jakiej operacji została poddana.
By zrozumieć, jak niepokojące było dla Rosji to, co stało się w Gruzji, cofnijmy się do historycznego obrazka opisanego w powieści „Kontra” Józefa Mackiewicza. Jest to książka o losach żołnierzy z narodów leżących na wschód od Polski. Podczas wojny walczyli przeciwko Związkowi Sowieckiemu, a potem – jako członkowie narodów drugiej kategorii – zostali wydani przez cywilizowany Zachód w ręce Stalina.
Gdy w Tbilisi obok polskiego prezydenta i z jego inicjatywy stanęli prezydenci Ukrainy, Litwy i Estonii oraz premier Łotwy, by zatrzymać rosyjskie czołgi, przełamany został ten fatalizm historii. Oto narody drugiej kategorii pierwszy raz zachowały się jak narody z tej lepszej Europy.
1989 r. nie był dla Moskwy takim szokiem. Po pierwsze, przegrywała z Ameryką Reagana, a nie z satelitami, w większości których opozycja była słaba. Po drugie, mniej lub bardziej sprawnie kontrolowała wymuszony na niej proces transformacji.
W 2008 r. inicjatywa postawienia się Moskwie wyszła od byłych demoludów, a nie ze „starego” Zachodu.

„Istota siły rosyjskiej”
Metody pacyfikowania buntowników Rosjanie mają wypracowane od wieków. W swoim głośnym artykule „Uwagi o istocie siły rosyjskiej” wybitny polski znawca Rosji Włodzimierz Bączkowski przytaczał książkę „Operacja warszawska” Borysa Szaposznikowa, profesora sowieckich uczelni, autora wojskowego planu sowieckiej napaści na Polskę z 1939 r.
Książka dotyczyła wojny z 1920 r. Zdaniem Szaposznikowa, główną przyczyną porażki nie było wcale złe uzbrojenie armii, ale błędna ocena sytuacji wewnętrznej w Polsce. „Przeceniliśmy zrewolucjonizowanie wewnętrznej sytuacji w Polsce w tym okresie. Ta przesada w ocenie sytuacji w Polsce znalazła swój wyraz w nadmiernej, tzn. nieuzgodnionej z naszymi możliwościami, ofensywnej operacji” – pisał. Dowodził, że najważniejsze jest, by – zgodnie z rosyjską szkołą – wroga „spreparować” tak, żeby go można było „gołymi rękami wziąć” – „szapkami zakidat”.
Bączkowski tłumaczył, że Zachód nie potrafi skutecznie przeciwstawiać się Moskwie, bo błędnie uważa ją za podobne sobie państwo europejskie. Tymczasem Rosja jest powierzchownie powleczonym europejskością państwem azjatyckim, czerpiącym wojenną strategię od Czyngis-chana i Chińczyków.
Istotą jej siły nie jest wcale nowoczesna armia, bo takiej Moskwa nigdy nie miała, lecz rozkładanie wewnętrzne państw, które chce podbić. Pisał w tym kontekście o Polsce przedrozbiorowej i jej elitach żyjących z carskich pensji. Stwierdzał, że źródłem siły Moskwy „nie jest normalny w warunkach europejskich czynnik siły militarnej, lecz głęboka akcja polityczna, nacechowana treścią dywersyjną, rozkładową i propagandową”. Dopiero gdy podbijane państwo było niezdolne do obrony, następował „tryumfalny marsz hordy”.
Naczelnym kłamstwem moskiewskiej propagandy jest twierdzenie, że rosyjskie służby robią to samo, co amerykańskie, izraelskie czy niemieckie. Nie – oprócz tego prowadzą działania, jakich nie prowadzi – na zbliżoną skalę – NIKT na świecie.
Jak wspominał Jurij Bezmienow, były współpracownik sowieckiego wywiadu w latach 80., z pieniędzy KGB przeznaczonych na działania za granicą, zaledwie 10–15 proc. przeznaczone było na klasyczną działalnośćszpiegowską. Cała reszta, 85-90 proc., szła na działania w wolnym świecie legalne. Tworzenie partii politycznych, mediów, instytucji naukowych itp.

Preparowanie w praktyce
Jakie narzędzia do prowadzenia tego typu działań miała Rosja w Polsce w 2008 r.? Polska była państwem, które przez pół wieku było pod moskiewskim panowaniem i nie odsunęło byłych komunistów od wpływów, lecz odwrotnie – zgodziło się, by to oni stworzyli postkomunistyczną oligarchię, kontrolowali media. Agentura Moskwy w III RP praktycznie nie była zwalczana.
Moskwa w latach 2008–2010 zachowywała się z zimną racjonalnością. Używając słów Szaposznikowa, „preparowała” i „rozkładała” polskie instytucje albo czekała, aż partia Tuska w imię partykularnych interesów rozłoży je sama. Kalendarium tego, jak ludzi obozu niepodległościowego odsuwano od wpływu na władzę polityczną, służby specjalne, BOR, media, uczelnie wyższe, episkopat, zajęłoby tu wiele stron. Ich miejsce zajmowali, rzecz jasna, nie tylko rosyjscy agenci, lecz także osoby powiązane z Rosją innym typem zależności, np. interesami, oraz osoby bezideowe, chwiejne, słabego charakteru, pozbawione patriotycznej tożsamości, karierowicze itp., jednym słowem ci, co do których Rosja mogła mieć pewność, że nie będą stawiać oporu.
6 kwietnia 2010 r. prezes IPN, prof. Janusz Kurtyka, wypowiedział słowa: „Demontaż państwa już się skończył, teraz zaczną znikać ludzie”. Podobnie stan państwa diagnozowali Rosjanie. W międzyczasie korzystna dla nich stała się też koniunktura międzynarodowa – twardego Busha zastąpił Obama.

Profesjonalny PR seryjnego samobójcy
Jednocześnie możemy dostrzec w Polsce sprzed 10 kwietnia działania, które z dzisiejszego punktu widzenia wyglądają na przygotowania do Smoleńska.
Jak w Rosji przygotowuje się polityczne zbrodnie? Aleksander Litwinienko, zamordowany w 2006 r. były funkcjonariusz FSB, opisał te metody dość precyzyjnie. Był on wcześniej funkcjonariuszem Wydziału Federalnej Służby do Zwalczania Grup Przestępczych. Zajmowała się ona likwidowaniem ludzi niewygodnych dla Putina.
Z opowieści Litwinienki wyłania się wstrząsający obraz. Polityczne morderstwo jest w Rosji produktem, który trzeba odpowiednio PR-owo sprzedać, tak jak polisę ubezpieczeniową, meble czy krem przeciwzmarszczkowy.
Taka akcja PR-owska rozpoczyna się na długo przed samą egzekucją. Czasem początkiem zbrodni jest przez nikogo niezauważona notka prasowa. „Artykuły takie zamieszcza się w gazetach, może nie najbardziej popularnych. Pojawia się malutka wzmianka, gdzieś w kąciku” – opowiadał Litwinienko.
Po co? To początek budowania legendy, która za jakiś czas pozwoli bezkarnie zabić. Służby mają na swoich usługach różnych drobnych podwykonawców. „Jedni wysadzają, drudzy strzelają z broni snajperskiej, trzeci operują siekierą” – wyliczał Litwinienko.
Ale przy zabójstwach politycznych ważniejsi są inni: „Profesjonaliści otrzaskani w specsłużbach starannie zbierają informacje potrzebne do zaplanowania zabójstwa, zwłaszcza jeśli to zabójstwo polityczne. Zadanie – zbić z tropu śledczych i opinię społeczną, przedstawić prawdopodobną fałszywą wersję wydarzeń”.
Jak przygotowywano PR-owo Smoleńsk? Od 2008 r. w polskich mediach pojawił się szereg narracji, które po 10 kwietnia przydatne się okazały do lansowania tezy, że to prezydent z pomocą pijanego generała są winni katastrofy.
Historią o tym, jak prezydent naciskał na pilota, epatowano w 2008 r. po wylocie do Gruzji. Gra operacyjna w tej sprawie prowadzona była przed tym wylotem: rząd naciskał na Kaczyńskiego, by do Tbilisi nie poleciał. Wcześniej mieliśmy do czynienia z głośnymi awanturami o udostępnienie prezydentowi rządowego samolotu, m.in. podczas wyjazdu na szczyt do Brukseli.
Zrobiono więc wszystko, by przekonać prezydenta, że rząd może znów piętrzyć kłopoty z samolotem do storpedowania jego misji. I zachęcić go, by – gdy pilot odmówi wykonania lotu do Tbilisi – naciskał na niego.
Ale przez media przetoczyła się jeszcze jedna kampania, z pozoru całkiem kuriozalna. „Czy prezydent Lech Kaczyński nadużywa alkoholu?” – pytał już w 2008 r. Janusz Palikot. Skłonności do pijaństwa przypisywał też Kancelarii Prezydenta – mało kto pamięta dziś newsy o tym, że kupuje ona duże ilości małych buteleczek alkoholu, tzw. małpek.
Z punktu widzenia ówczesnych kampanii nienawiści wobec Kaczyńskiego te akurat wypowiedzi Palikota były mało skuteczne. Z pijaństwem kojarzył się jego poprzednik Aleksander Kwaśniewski.
Poza tym prezydent Kaczyński miał być według tychże mediów antypatycznym sztywniakiem, w przeciwieństwie do sympatycznego luzaka Tuska, więc przypisywanie mu skłonności do nadużywania wina było im raczej nie na rękę.
Sprawa wróciła po Smoleńsku. Palikot powściągał nieco język do wyborów prezydenckich w 2010 r., które wygrał jego przyjaciel Bronisław Komorowski. Dzień po nich zaatakował insynuacjami: „Czy pobrano i przebadano krew Lecha Kaczyńskiego pod kątem obecności alkoholu? Czy prezydent był na pokładzie pod wpływem alkoholu?”.

Odczłowieczanie przyszłej ofiary
Oprócz tych kampanii, szokująco przydatnych później kłamcom smoleńskim, media zrobiły bardzo wiele, by Polacy „nie płakali po Kaczyńskim”. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że w tej odczłowieczającej kampanii nienawiści wobec prezydenta, która szalała w polskich mediach, wiodącą rolę odegrali ludzie Rosji. To był nieustanny bluzg rodem z hitlerowskiej lub stalinowskiej propagandy, i to w skrajnym wydaniu. Zanim prezydent został zamordowany, wszyscy Polacy mieli mieć w głowach zakodowane, że to brzydki karzeł, zapijaczony,  mlaszczący, śliniący się, nieumiejący się wypowiedzieć półdebil. Takiego nikt przecież żałować nie będzie.
Gdy wtedy protestowałem przeciwko temu obrzucaniu gównem, zadawałem sobie pytanie, dlaczego właściwie Lech Kaczyński – polityk umiarkowany, zatrudniający w prezydenckiej kancelarii osoby dalekie od jego obozu politycznego – jest atakowany z największym natężeniem nienawiści. Odpowiedź poznaliśmy 10 kwietnia – oni przygotowywali jego likwidację.

A teraz was pokochamy
Rosyjska intryga spowodowała rozdzielenie wizyt z 7 i 10 kwietnia. W tej drugiej wzięli udział w większości ludzie polskiego obozu niepodległościowego.
A po 7 kwietnia stała rzecz bez precedensu: Rosja Putina wręcz pokochała Polskę. Lektura rosyjskiej prasy z dni poprzedzających Smoleńsk poraża. W rosyjskiej telewizji pokazano film „Katyń”. 9 kwietnia 2010 r. Wacław Radziwinowicz, moskiewski korespondent „Gazety Wyborczej”, relacjonował entuzjastycznie: „Dzięki obchodom katyńskim występują w mediach ludzie do tej pory cytowani niechętnie. Znakomitą robotę wykonała Natalia Lebiediewa, autorka fundamentalnych prac historycznych o tej zbrodni. (…) I prawie wszystkie czwartkowe gazety powołują się na Lebiediewą. Rządowa »Rossijskaja Gazieta«, która Katyniowi poświęciła czołówkę, powtarza za Natalią Siergiejewną, że »sam prezydent Rosji jest gotów potępić stalinizm«”.
Czy taka Rosja mogła nazajutrz dokonać w Smoleńsku zamachu? Wykluczone!

Cel zamachu: polska godność
Co osiągnęła Rosja 10 kwietnia 2010 r.? Zginęli niepodległościowi polscy politycy, na czele z niewygodnym prezydentem, którego miejsce zajął ich przyjaciel Bronisław Komorowski. Ale z punktu widzenia głównego celu Rosji – degradacji lidera regionu – było to jeszcze niewiele.
Celem katastrofy smoleńskiej była katastrofa posmoleńska, demonstracja, że Polska to postkolonialny bantustan. Rząd Tuska nie zawiódł Rosji – oddał jej śledztwo i nie wystąpił o międzynarodową komisję ds. zbadania katastrofy. A skoro tak, to i świat mógł milczeć i udawać, że nic się nie stało.
A po „wspaniałych gestach solidarności” rosyjskiej władzy opinia publiczna zaczęła być co jakiś czas inforowana o bulwersujących „zaniedbaniach” Rosji w smoleńskim śledztwie, które miały być częścią typowego dla tego kraju bałaganu. Twierdzę, że żadne z nich nie wynikało z bałaganiarstwa. Wymieńmy kilka.
Nie było efektem rosyjskiego bałaganu porzucenie na wiele miesięcy na płycie lotniska szczątków ciał i elementów samolotu.
Nie było nim zamienienie ciał w trumnach.
Nie przypadkiem także zdjęcia nagich ciał ofiar trafiły do internetu.
To nie pomyłka spowodowała, że świat usłyszał kłamliwe słowa o pijanym polskim generale, który rozbił samolot.
To nie z powodu bałaganu do ciał ofiar katastrofy wrzucano śmieci.
To nie przypadkiem rodzina Anny Solidarność w Moskwie zobaczyła jej ciało zachowane w dobrym stanie, a w Polsce na stole sekcyjnym szczątki mające być jej ciałem pozbawione były głowy.
Tak, ani jedno z tych strasznych wydarzeń nie było dziełem przypadku. Każde było starannie zaplanowane. Celem Smoleńska była degradacja Polski. Jednym ze sposobów zrealizowania tego celu – poniżenie godności Polaków.
Zachodni czytelnik przeczytawszy powyższe, popuka się w głowę. Ludziom z krajów cywilizowanych trudno uwierzyć w to, że można prowadzić politykę takimi metodami.
Godność to pojęcie w polskiej debacie niemal zapomniane. Jeśli pojawia się, to przeważnie w przy okazji wspomnień o robotniczych protestach z czasów komunizmu. Niesłusznie zaliczone one zostało do kategorii abstrakcyjnych i nieuchwytnych.
Tymczasem w momentach kryzysowych w życiu narodów godność lub jej brak decyduje o ich najważniejszych wyborach. O tym, czy bić się, czy nie bić. Czy ryzykować walkę o wolność, czy się poddać.  Posługiwanie się pojęciem godności wcale nie wyklucza realpolitik, odwrotnie – poszerza możliwości prowadzenia realnych działań. Armia, której morale jest wysokie, jest bardziej użyteczna, co nie znaczy, że nie możemy jej poddać, jeśli nie ma szans na zwycięstwo.
Rosja zobaczyła w Lechu Kaczyńskim w Tbilisi w 2008 r. to, co tyle razy w historii sprawiało jej kłopoty: renesans polskiej godności. Uznała, że Polska, w której zamiast mentalności niewolniczej odbudowuje się godność narodowa, jest dla niej realnym zagrożeniem.
Po 10 kwietnia Polska straciła godność, rechocząc ze Smoleńska pod dyktando medialnych przyjaciół Moskwy. Dopiero wtedy cel zamachu został osiągnięty.

Jak się tuszuje zbrodnie w Rosji
Poniżaniu towarzyszyć miał brak twardych dowodów na zamach. Lista tych, którzy mieli wiedzę o katastrofie i zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, jest długa i pisaliśmy o nich wielokrotnie.
Ale obserwowanie chwytów smoleńskich kłamców pokazuje, że tak naprawdę Moskwa wdrożyła po 10 kwietnia wobec Polski schemat propagandowy, który wielokrotnie stosowała wobec własnych obywateli. Maskowanie sprawstwa zbrodni zostało PR-owo przygotowane nie gorzej niż sama zbrodnia.
W artykule „Metody śledcze pułkownika Putina” w „Gazecie Polskiej” z 2 lutego 2011 r. zestawiłem wiedzę na temat 35 morderstw politycznych dokonanych w Rosji w poprzednich latach. W większości ofiarami byli dziennikarze. Sprawdziłem, jakie przyczyny ich śmierci „odkrywali” rosyjscy śledczy.
To była szokująca lektura. MAK nie musiał wysilać się na wymyślanie żadnych nowych uzasadnień, pisząc raport o przyczynach katastrofy w Smoleńsku. W Rosji kalki te są w użyciu – dosłownie – na co dzień. Alkohol, brawura, słaba psychika, fiksacja urządzeń technicznych – wiadomo, ten rosyjski bałagan! – należą do używanych najczęściej. Częstą praktyką jest to, że – jak w przypadku Smoleńska – zaraz po morderstwie prokuratura wyklucza jego polityczny motyw.
Wymieńmy parę przykładów. Zabity Siergiej Protazanow, dziennikarz gazety „Porozumienie Obywatelskie”, był, zdaniem rosyjskiej milicji, pijany niczym gen. Andrzej Błasik. Kiedy mordercy odwiedzili reportera Ilję Zimina, który w nocy wrócił z klubu, akurat popsuł się monitoring w budynku, gdzie mieszkał – równie kiepski jak radar w Smoleńsku. Redaktora Magomeda Jewłojewa zgubiła z kolei – niemal polska – brawura, przez którą przypadkiem został postrzelony w głowę.
Przypadek kpt. Arkadiusza Protasiuka, u którego MAK stwierdził „przewagę konformizmu w cechach charakteru”, to też tylko złagodzona wersja potraktowania dziennikarza Iwana Safronowa. Śledczy uznali, że jego śmierć była „wynikiem skłonności samobójczych”, których nigdy nie zauważyła rodzina ani koledzy.
A jeśli polityk zginie w katastrofie lotniczej? Ten wariant MAK przećwiczył już na gen. Lebiedziu. Winny jest pilot i mgła, a także prawdopodobne naciski ważnych osób na pokładzie śmigłowca, którym leciał (raport z 2002 r.).

Big Brother pod Krzyżem Pamięci
A problem z tymi, którzy drażnią władzę żałobą, żądaniem prawdy? Wywracanie zniczy, kradzież kwiatów i zdjęć zamordowanych też nie były oryginalnym pomysłem Hanny Gronkiewicz-Waltz. Identycznie zachowała się rosyjska milicja po zamordowaniu dziennikarki Anastazji Baburowej i adwokata Stanisława Markiełowa. „Tu jest normalna moskiewska ulica, a nie cmentarz!” – czczący ich pamięć słyszeli od rosyjskiej milicji to samo, co polscy obrońcy Krzyża Pamięci na Krakowskim Przedmieściu.
Twierdzę, że Rosja i prorosyjskie lobby w Polsce od początku, w uporządkowany sposób, przystąpiły do kanalizowania polskich protestów po Smoleńsku.
Było dla niej jasne, że w Polsce znajdą się ludzie nieprzemakalni na jej propagandę. Częścią jej planu, który zawiódł, było to, że po zamordowaniu Lecha Kaczyńskiego obóz niepodległościowy pójdzie w rozsypkę.
A potem był spektakl, mający skojarzyć domaganie się prawdy o Smoleńsku, ze „sklerotycznymi świrami spod Krzyża”. Niczym w programie Big Brother wszystkie kamery prorządowych telewizji ustawiono przy grupie modlących się ludzi w publicznym miejscu, w okolicy czynnych do późna knajp.
Jednocześnie pojawiła się grupa codziennie przychodzących tam przeciwników, która zachęcała pijaną młodzież do szydzenia z nich. Jeśli nie wierzysz w to, że w sprawie Smoleńska Rosjanie prowadzą rzetelne śledztwo, to jesteś taki jak ci spod Krzyża – taki miał być medialny wydźwięk awantury. A jacy oni są? Starzy, sklerotyczni, tępawi, ponurzy, zdewociali, słabi, niepełnosprawni. A jednocześnie niebywale agresywni, sfanatyzowani i usiłujący terroryzować resztę obywateli.
Telewizyjne migawki pokazywały: ci, którzy są młodzi, pełni życia, robią sobie jaja z takich jak oni. Filmiki w internecie to był już Big Brother Ekstra, tylko dla dorosłych: mogliśmy zobaczyć, jak popychają ich, plują na nich, oddają mocz na ich znicze. Może to nieładnie, ale tamci aż się o to proszą przez swoją agresję – brzmiał przekaz.
Wnioski dla widza: nie gadaj o Smoleńsku, bo jak będziesz bredził o zamachu, będziesz taki jak ci, na których plują i oddają mocz. Na pewno tego chcesz?
Maski liderów tego spektaklu spadały powoli. Jeden z modlących się Andrzej Hadacz idealnie spełniał zapotrzebowanie mediów, które pragnęły pokazać „oszołoma” spod Krzyża. Okrzyki: „Nienawidzę ich” oraz deklaracje, że Tusk i Komorowski powinni dostać kulkę w łeb, stały się medialnymi hitami. A później odmieniony Hadacz pojawił się na Paradzie Równości razem z Ryszardem Kaliszem i Robertem Biedroniem.
A lider wrogów Krzyża, który tak sprawnie i przy bierności policji podpuszczał przeciwko „moherom” młodzież? Zbigniew S., ps. „Niemiec”, oskarżony w sprawie szantażowania senatora Krzysztofa Piesiewicza, okazał się skazanym wcześniej za gwałt kryminalistą.

Rosyjski kompleks niższości
I jeszcze jedna dygresja na koniec.  Wydaje się prawdopodobne, że na decyzję o zamordowaniu polskiego prezydenta w Smoleńsku miał wpływ odwieczny kompleks niższości, jaki Rosjanie czują wobec Polaków. Rosyjska władza, wnioskując z historycznych doświadczeń, wręcz przecenia polskie zagrożenie.
Sowietolog Ryszard Wraga pisał: „Trzeba być Rosjaninem, żeby wiedzieć, jak wielkie poczucie niższości żywią Rosjanie w stosunku do Polaków. Na to poczucie niższości składały się wieki historii. Wpływy polskiej myśli politycznej, społecznej i duchowej odegrały ogromną rolę w życiu Rosji”.
Nad usunięciem śladów polskich wpływów mocno pracowali bolszewicy w pierwszych latach po rewolucji. „Sztaby zsowietyzowanych profesorów i literatów usunęły z piśmiennictwa rosyjskiego wszystko, co świadczyło o roli Polski w życiu wschodniej Europy, o jej wpływach na naród rosyjski, a zwłaszcza ukraiński i białoruski” – stwierdzał Wraga.
Polakożerstwo rosyjskich elit brało się właśnie z tego kompleksu. „Świadome i inteligentne społeczeństwo rosyjskie zawsze sobie zdawało sprawę z tej żywotności i atrakcyjności polskiej kultury w stosunku do Wschodu. I pewnym aktem samoobrony była ta nagminna szowinistyczna antypolskość i polakożerstwo, jakimi są przesiąknięte prawie bez wyjątku wszystkie dzieła literatury rosyjskiej” – diagnozuje Wraga.
Prof. Stanisław Swianiewicz, cudem ocalały z Katynia profesor ekonomii, w książce „W cieniu Katynia” czyni pewną rewelacyjną uwagę. Uznaje, że tylko Katyń i deportacje Czeczenów z lat 40. (co czwarty z nich nie przeżył) łączyło coś, co wykraczało poza logikę sowieckiego terroru. Swianiewicz był autorem prac o ekonomicznym uzasadnieniu niewolniczej pracy w łagrach. Odkrył, że Katyń i deportacje nie pasowały do tego uzasadnienia. Przeciwnie. O deportacjach pisał: „Wyrwanie z aparatu gospodarczego w okresie głodu spowodowanego wojną kilkuset tysięcy producentów środków żywnościowych i rzucenie ich w bezludne stepy było nonsensem gospodarczym”. A o Katyniu: „tak samo (…) nonsensem gospodarczym było zlikwidowanie fizyczne tylu wysoko kwalifikowanych specjalistów”.
Chodziło o te narody, które w historii okazywały się odporne na rosyjskie działania mające rozwalić je od środka. W przypadku Polski o 1920 r., w przypadku Czeczenów o powstania z XIX w.

Przywrócić godność
„Swój »sukces« Rosja zawdzięcza umiejętności budowania siły z procesów rozkładowych i ludzkiego upadku. (…) Z podźwignięciem się człowieka i społeczeństw z nędzy automatycznie nastąpi zmierzch sowieckiej Rosji” – tak o rosyjskiej strategii pisał Henryk Józewski, współpracownik Marszałka Piłsudskiego, a potem jeden z Żołnierzy Wyklętych.
W 2010 r. zaatakowana Polska nie zdołała się podźwignąć z upadku. Zabrakło nam determinacji Ukraińców na kijowskim Majdanie. Ale liczba Polaków, którzy chcą powrotu polskiej tożsamości, rośnie. Stąd też każda próba przywrócenia nam godności niszczona jest z furią przez posługującą się nienagannym polskim rosyjską agenturę wpływu.

zginęli

źródło: niezalezna.pl

Kto rozpowszechnia fałszywe wiadomości …

Za co Ludowe Państwo skazywało Żołnierzy Wyklętych i obywateli myślącym inaczej.

Skończył się marzec. Miesiąc ten ze względu na coraz dłużej trwające uroczystości Dnia Żołnierzy Wyklętych staje dla wielu bardzo już starszych panów i polityków lewicy miesiącem niebezpiecznym. By nie rzec miesiącem przeklętym. Opatrzność sprawiła, że w końcu swego żywota ci mocno starsi panowie przechodząc obok swych sąsiadów będą musieli ze wstydu opuszczać głowę. I o to właśnie chodziło. Wstyd i pogarda zaczyna im bardziej doskwierać niż efekty długoletniego więzienia jakich doświadczają teraz ich ofiary. I tak to powinno być w następnych marcach kolejnych lat. Druga połowa lat czterdziestych i lata pięćdziesiąte XX wieku. Siermiężny obraz PRLu w kolorze czarno-białym. Czas młodości „Kolumbów rocznik 20-ty”, która wtedy – jak każda młodość- też bywała radosna. W tych latach Karol Wojdyła rozpoczynał swe pierwsze wycieczki z młodzieżą w „naturę”. Najpierw piesze, a w r. 1955 kajakowe .Wtedy PRL był jedną wielka budową. Warto przypomnieć jak sprytnie podchwycili ten fakt BUDOWNICZOWIE autostrad Euro 2012.Chyba liczyli Oni na to, iż poprzez podobieństwo sytuacji usprawiedliwiona im zostanie żenującą nieporadność jaką wykazywali się na tych budowach. I nie tylko na budowach. Tak to prawda. W tym okresie PRL był jedną wielką budową i jedną wielką odbudową z przerwami na zbiorowe manifestacje pod hasłem walki o pokój. Tą spontaniczną radość społeczeństwa uzupełniały dodatkowo (na tle wznoszonych fabryk i hut) liczne festyny robotniczo-chłopskie, na których cieszono się wylewnie z przyjaźni Polsko-Radzieckiej i potępiano (programowo) imperializm amerykański. Towarzysz Prezydent Bierut czyli Ojciec Narodu ukazywany był w kronikach filmowych jako pląsający wśród dzieci z założoną na kark harcerską chustą. Mimo „bidy” ludność zaliczana do sojuszu robotniczo-chłopskiego rozmnażała się namiętnie. Warto przypomnieć, że w r.1938 w terytorium II RP mieszkało 34 mln.923 tys. obywateli. Po II Wojnie Światowej w granicach okrojonego terytorialnie kraju liczba ludności (dane z 1946 r.) wynosiła tylko 23 mln.640 tys. Natomiast już w r.1956 było nas 28 mln.923 tys. I tak chyba wyglądał ten kolor biały ukazywany w kronikach filmowych. A jaki był kolor czarny naszego kraju z przełomu lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Czy w tych latach żaden ojciec nie zakatował swojego dziecka, czy żadna matka nie dokonała dzieciobójstwa, czy nie było wtedy pospolitych zabójstw, płatnych morderców, afer gospodarczych, przypadków pedofilii i czy w tych czasach nikt nie umarł na mrozie. Analizując listę osób (lata 1945-1956), na których wykonano wyroki śmierci (za zabójstwa) doliczyłem się tylko 13 takich przypadków i dotyczyły one : 5 przypadków- (morderstwa kobiet) ; 1 przypadek morderstwa na tle seksualnym (dotyczył 2 dziewczynek); 3 przypadki – zabójstw milicjantów; 4 przypadki rozbojów po uprzednim zamordowaniu milicjantów. Należy dodać, iż w tych latach wykonano też 28 wyroków śmierci (w tym 5 dotyczyło kobiet) za zbrodnię ludobójstwa. Skazani to członkowie załóg obozów koncentracyjnych. Autor (autorzy) listy oświadczyli asekuracyjnie że „lista ta jest niekompletna, ponieważ nie można w sposób dokładny określić, ile osób zostało skazanych na najwyższy wymiar kary pomiędzy rokiem 1945 a 1956 – gdyż ewidencja Ministerstwa Sprawiedliwości, dotycząca kary śmierci, jest wiarygodna od 1956 roku. Wcześniej była ona prowadzona przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, w której liczba orzeczonych wyroków została znacznie zaniżona i nie zawiera osób skazanych za udział w podziemiu antykomunistycznym …..” Na podstawie „danych z listy” można więc uznać, iż liczba 13 wyroków śmierci wykonanych w latach 1945-1956 za zabójstwa (a więc przestępstwa najgroźniejsze) to wręcz sielankowy obraz bezpieczeństwa ludowego państwa. Czy taki „dobrostan bezpieczeństwa społecznego ” odpowiadał prawdzie . Skoro więc było tak dobrze – to co w tych czasach stanowiło największe zagrożenie, o którym mówiono głośno i które w sposób szczególny opisywała prasa lub komentowało radio, kroniki filmowe głosami Wandy Odolskiej, Andrzeja Łapickiego, Jeremiego Przybory. Oglądając kroniki filmowe z tych lat lub czytając ówczesną prasę można odnieść wrażenie, że znaczna część społeczeństwa stanowiąca wtedy tzw. sojusz robotniczo-chłopski „wychowywana” była w przekonaniu, że największym złem dla nich są ludzie dążący do obalenia władzy ludowej i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Mam przed sobą niewielką książeczkę zatytułowaną „ Mały Kodeks Karny” Wydanie z 1949 r. W kodeksie tym znajdują się 3 części tj. część A – Mały Kodeks Karny ; część B Ustawodawstwo karne przeciw faszystowskie i część C- ustawodawstwo uzupełniające. To co mnie zainteresowało najbardziej to część A czyli Mały Kodeks Karny Znajduje się tam 7 rozdziałów zawierających 72 artykuły. W rozdziałach od 1 do 4 tego kodeksu wymienia się 48artykułów, które stanowiły dla prokuratur i sądów podstawy do stawiania zarzutów i zastosowania kar. I to wszystko. Tylko tyle podstaw do ukarania obywateli ludowego państwa? Coś mało tego. Obowiązujący obecnie Kodeks Karny z zawiera ogółem 44 rozdziałów. W części szczególnej kodeksu znajduje się 246 artykułów za naruszenie których obywatele III RP mogą dostać: karę grzywny, ograniczenia wolności, pozbawienia wolności, 25 lat pozbawienia wolności i dożywocie. W kodeksie tym nie ma kary śmierci nawet za najbardziej odrażające ohydne zabójstwa. Za co więc w latach 1945-56 skazywano na karę śmierci. Na 48 artykułów, których naruszenie zagrożone było różnymi karami a więc karą aresztu, więzienia, dożywocia – obywatel ludowej ojczyzny wyzwolony przez Armię Czerwoną mógł otrzymać karę śmierci na podstawie treści 12 artykułów. Uwzględniając również przepisy Kodeksu Karnego Wojska Polskiego, który zawiera 3 art. przewidujące karę śmierci (tj.art.85§1 i art.86 §.1 i §.2 ) – można stwierdzić iż łącznie w Małym Kodeksie Karnym znajduje się 15 podstaw prawnych dających ludowej władzy możliwość skazania na najwyższy wymiar kary. Podam teraz dość szczególne przykłady tych przepisów (mogących wzbudzić dziś zażenowanie i grozę ) za naruszenie których można było otrzymać w tamtych czasach wyrok śmierci. Wydaje mi się jednak, że dla niektórych bardzo już starszych panów to ludowe poczucie kar wymierzanych w czasach Bieruta, Światły, Bermana nie koniecznie może wywoływać takie właśnie odczucia .Cytuję więc te przepisy

Art.4 §.1 kto bez zezwolenia wyrabia, gromadzi, lub przechowuje broń palną (brak określenia pojęcie broń palna) amunicję, materiały wybuchowe…. podlega karze więzienia na czas nie krótszy niż 5 lat lub dożywotnio albo karze Śmierci. Prawodawca uznawał, że cytuję ”art. 4 nie czyni żadnej różnicy pomiędzy bronią kulową a śrutową oraz między bronią myśliwską a inną ..” oraz, że pistolet nawet pozbawiony sprężyny kurkowej też jest bronią palną. W dzisiejszych czasach w/w czyn wg. art. 263 § 2 zagrożony jest karą pozbawienia wolności od 6 m-cy do 8 lat

Art.6 obywatel polski, który w związku z działalnością na szkodę Państwa Polskiego przyjmuje od osoby działającej w interesie obcego rządu, obcej organizacji dla siebie albo innej osoby korzyść majątkową lub osobistą ,bądź takiej korzyści żąda – podlega karze więzienia nie krótszy od lat 5 lub dożywotnio albo karze Śmierci. 0becnie w tego rodzaju przestępstwach art. 228, 229, 230 kk (w zależności od wagi czynu) najwyższa kara wynosi od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. W przypadkach mniejszej wagi sprawca podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do lat 2

Art.12 § 1 Kto podrabia lub przerabia pieniądz polski albo obcy lub usuwa oznakę jego umorzenia albo pieniądz taki puszcza w obieg –podlega karze więzienia lub więzienia dożywotniego albo karze śmierci. Obecnie za taki czyn sprawca podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 5 albo karze 25 lat pozbawienia wolności.

Czy przytoczone przykłady mogą rzeczywiście w czasach płatnych morderców lub seryjnych samobójców zdumiewać – przerażać – trudno powiedzieć.

Za jakie jeszcze czyny ludowa władza wymierzała w tamtych czasach karę śmierci. Czyny te określały artykuły : 1,3,7,8,13,14,15,16,32 i ogólnie rzecz ujmując dotyczyły one: dopuszczenia się gwałtownego zamachu ze na jednostki wojska polskiego, wojsk sprzymierzonych, oraz gwałtownego zamachu na posła do KRN, członka rady narodowej, członka związku zawodowego, organizacji politycznej jeżeli z tego czynu wynikła śmierć lub ciężkie uszkodzenie ciała albo sprawca dopuścił się gwałtownego zamachu używając broni. Ponadto karą śmierci karano za założenie związku mającego na celu zbrodnię lub pełnienie w nim jakichkolwiek czynności kierowniczych, za akty sabotażu, szpiegostwo, za przygotowania do popełnienia zamachów na: jednostki wojska polskiego, na posłów do KRN, członków związku zawodowego., za udział w związku gromadzącym środki do walki orężnej. Kara śmierci stosowana była tez wobec posła do KRN, urzędnika państwowego, samorządowego i osoby należącej do sił zbrojnych jeżeli brali udział w przygotowaniu do gwałtownych zamachów wobec wojska i aktów sabotażu itd. W kodeksie Karnym Wojska Polskiego kary śmierci można było otrzymać za usiłowanie pozbawienia państwa niepodległego bytu lub usiłowanie oderwania części jego obszaru, za usiłowanie dokonania przemocą zmiany ustroju.

W próbie przestawiania prawnej rzeczywistości lat 1945/1956 skupiłem się wyłącznie na najwyższym wymiarze kary. Chcę jednak przywołać jeden przepis który ( w dzisiejszej rzeczywistości politycznej ) też może zabrzmieć zaskakująco. Dotyczy to art.22 MKK . Brzmienie tegoż przepisu cytuję w całej rozciągłości : „Kto rozpowszechnia fałszywe wiadomości ,mogące wyrządzić istotna szkodę interesom Państwa Polskiego, bądź poniżyć powagę jego naczelnych organów – podlega karze więzienia do lat 5 lub aresztu”. O art.22 w latach ludowej władzy opowiadano dowcip. Ile wart jest „kawał” polityczny? Przeciętny- rok, dobry –dwa lata, znakomity- pięć lat.

Wczytując się w treść 15 artykułów, których naruszenie (po wyzwoleniu przez Armię Czerwoną) groziło karą śmierci – można uznać, iż w czasach budowy Planu 6-cioletniego, Wyścigów Pokoju, manifestacji 1 majowych – władza ludowa wyjątkowo bała się obywateli, których ideały ukształtowała II Rzeczypospolita i którzy w sposób niezwykle stanowczy nie godzili się na ówczesną rzeczywistość. Dlatego w tamtych czasach stworzono wyjątkowo represyjny system prawa pozwalający na pozbawienie wolności i skazanie na śmierć każdego kogo ludowa władza uznała za wroga. Żołnierze Niezłomni , niepokorni – (niestety nie dla wszystkich z nas ) -stali się przykładem takich właśnie postaw i takich działań a potomkowie tych którzy ich katowali i skazywali na śmierć robili wszystko by „Wyklęci” zostali „na wsiech” zapomniani i by mówiono o nich wyłącznie jak o bandyckich watażkach. Te bardzo przemyślane działania mające swych zwolenników w Sejmie III RP nie powiodły się. W tym roku obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych trwały kilkanaście dni. Na uroczystościach widać było dużą ilość młodzieży. I niech tak będzie i tak nam dopomóż Bóg. Oprócz utrwalonych już w naszej pamięci nazwiskach Żołnierzy Niezłomnych zapamiętajmy też kilka podstawowych danych. Wg. prof. Jana Żaryna liczba żołnierzy którzy nie pogodzili się z sowiecka wolnością i którzy działali w podziemiu po roku 1945 określona jest na ok. 180-200 tys. W bezpośrednich walkach stoczonych z oddziałami NKWD i KBW zginęło ich ok.20 tys. W latach 1945-1956 sędziowie ludowej władzy skazali na karę śmierci 8.800 obywateli którzy nie godzili się z narzuconym ustrojem – z czego karę tą wykonano na 4.500 obywatelach . A był to przecież czas pokoju. W materiałach Prymasa 1000-lecia znajduje się zapis – Bierut to odważny człowiek- w jednym roku podpisał wyroki śmierci na tylu obywatelach, ilu stracono ich w całym dwudziestoleciu.

mocherowicz

 

Tajemnicze dymisje

Od pewnego czasu pierwsi lokatorzy okrętu zwanego Lasy Państwowe uciekają ze świecznika. Oto przed tygodniem podał się do dymisji podsekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska Janusz Zalewski, ale trudno znaleźć wzmiankę o tym fakcie. Podobno trwa łapanka na jego stanowisko. W ślad za panem ministrem z Warszawy czmychnął Zastępca Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych Jan Szramka. Z oficjalnej strony Lasów możemy się dowiedzieć, że pan Dyrektor lubi grać na saksofonie. może warszawskie powietrze źle niosło, dlatego pan dyrektor przeniósł się do Gdańska. Wygląda na to, że pan minister Zalewski też chciał umościć się na stołku dyrektora RDLP w Olsztynie, ale nie zdążył. Fotel mu zajęli. Jeśli do tego dołączymy nie tak odległą w czasie  rezygnację Zastępcy Dyrektora Generalnego ds Ekonomicznych, to można odnieść wrażenie, że warszawskie stołki starszliwie palą, szczególnie po decyzji o zagrabieniu Lasom środków finansowych. Tam na górze wiedzą dobrze, że Lasów nie stać na haracz.

Szramka odchodzi

ZUS czy OFE

Leśnicy, podobnie jak większość Polaków, stanęli przed dylematem, co wybrać, ZUS czy OFE.  To nowelizacja ustawy o funduszach emerytalnych zmusza każdego, kto posiada II filar emerytalny w Otwartych Funduszach Emerytalnych, do opowiedzenia się, czy zostają w OFE czy chcą przenieść się do ZUS-u. Wybór nie jest prosty, bo sprowadza się do  dylematu:dżuma czy cholera. Poniżej prezentujemy opinię dr Zbigniewa Kuźmiuka w tej materii, ale zastrzegamy, że wybór należy do każdego indywidualnie, a Redakcja nie ma zamiaru lobbować za żadnym rozwiązaniem. Chcemy tylko przybliżyć Czytelnikom problem.

Na swoim blogu dr Zbigniew Kuźmiuk pisze:
1. Nowelizacja ustawy o funduszach emerytalnych przegłosowana przez koalicję Platformy i PSL-u w grudniu poprzedniego roku i podpisana prze prezydenta Komorowskiego, wprowadziła możliwość wyboru przez ubezpieczonych w OFE, czy chcą w tych Funduszach pozostać czy też przenieść 2,92% od swojego wynagrodzenia brutto do ZUS.

W rzeczywistości tylko ci, którzy będą chcieli tę część swojej składki pozostawić w OFE, będą musieli wypełnić stosowne oświadczenie w okresie najbliższych 4 miesięcy (od 1 kwietnia do 31 lipca), ci którzy tego nie zrobią zostaną automatycznie przeniesieni do ZUS.

Decyzję tę, będzie można zmieniać pierwszy raz w tym samym okresie 4 miesięcy w 2016 roku, a później już regularnie co 4 lata.

Chodzi wprawdzie „tylko” o około 15% naszej składki emerytalnej (cała składka emerytalna stanowi 19,52% wynagrodzenia brutto) ale decyzja może być brzemienna w skutki ponieważ OFE po przeprowadzonych przez koalicję Platformy i PSL-u zmianach, stały się funduszami wysokiego ryzyka.

2. Przypomnijmy tylko, że z nowelizacji ustawy o funduszach emerytalnych, była zadowolona większość koalicyjna Platformy i PSL, jej emanacja rząd Donalda Tuska, prezydent Komorowski, który twierdził, że popisując tę ustawę, uratował budżet, wreszcie z pewnymi oporami ale także same Fundusze.

Koalicja i rząd cieszyli się, bo dzięki przechwyceniu około 150 mld zł aktywów OFE, zmniejszyli wydatki budżetu państwa na 2014 rok o 23 mld zł (o 8 mld zł mniejsze wydatki na obsługę części krajowej długu publicznego i o ponad 15 mld zł zmniejszone dotacje do FUS) i w związku z tym deficyt budżetu państwa wynosi „tylko” 47,7 mld zł.

Ponadto zmniejszenie na papierze długu publicznego o ponad 150 mld zł, wynikające z umorzenia obligacji skarbowych będących w posiadaniu OFE na taką sumę, spowoduje że dług publiczny zmaleje przynajmniej o 8% PKB, a to z kolei pozwoli rządzącej koalicji uniknąć konieczności wykreślenia z ustawy o finansach publicznych II progu ostrożnościowego (przekroczenia przed dług publiczny wartości 55% PKB), a więc uniknąć także zarzutu zdemolowania finansów publicznych w ciągu 6 lat rządzenia.

3. Nie protestują specjalnie także Powszechne Towarzystwa Emerytalne właściciele OFE, bo rządzący umieścili w tych zmianach, trzy istotne „bonusy”, bardzo dla nich korzystne.

Pierwszy to rezygnacja z tzw. minimalnej wymagalnej rocznej stopy zwrotu, która do tej pory była ważnym instrumentem ochrony interesów ubezpieczonych w OFE. Jeżeli jakiś Fundusz w danym roku takiej stopy nie osiągnął, dopłacić musiał jego właściciel czyli PTE.

Teraz takiego bezpiecznika już nie będzie więc skutki ewentualnych strat obciążą samych ubezpieczonych, nie ulega więc wątpliwości, że to jeden z największych prezentów rządu (kosztem ubezpieczonych na rzecz Funduszy)

Drugi bonus na rzecz Funduszy, to rezygnacja z obniżenia tzw. opłaty za zarządzanie, pobieranej co miesiąc przez Fundusze od całości zgromadzonych aktywów.

Wprawdzie w rządowym projekcie znajduje się zapis o obniżeniu o połowę prowizji od wpłacanej składki przez ubezpieczonych (z dotychczasowych 3,5% do 1,75%) ale to nie tutaj, są główne „frukta” OFE.

Otóż to właśnie opłata za zarządzanie była głównym źródłem dochodów OFE i ich właścicieli, przy dotychczasowych aktywach Funduszy w wysokości około 300 mld zł wynosiła około 2 mld zł rocznie więc nawet po umorzeniu 150 mld zł aktywów obligacyjnych ,będzie ona sięgała około 1 mld zł rocznie.

Wreszcie trzeci bonus, to możliwość inwestowania przez Fundusze za granicą (do tej pory ograniczona do 5% aktywów).

Wprawdzie powiększenie możliwości inwestowania następuje na skutek rozstrzygnięcia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu ale rządowa propozycja aby tą możliwość powiększyć aż do 30% aktywów, jest niewątpliwie kolejnym prezentem dla OFE i ich właścicieli w szczególności tych zagranicznych (a takich jest przecież w Polsce większość).

4. Fundusze po umorzeniu obligacji skarbowych i zakazie inwestowania w nie w najbliższych latach, stały się funduszami wysokiego ryzyka, bowiem większość ich aktywów to teraz akcje (w 2014 roku nie mniej niż 75% aktywów musi być ulokowane w akcjach, przy czym ten poziom będzie zmniejszany w kolejnych latach).

Nie ma chyba na świecie funduszu emerytalnego, który świadomie miałby taką strukturę aktywów (przyjmuje się, że akcje w takim funduszu powinny stanowić od 20 do 40% aktywów), co oznacza, że rząd Tuska „zafundował”, tym którzy w OFE pozostaną przynajmniej przez najbliższe lata, naprawdę grę na giełdzie o ich przyszłą emeryturę”.

Z tych wszystkich powodów należy wybrać ZUS (ja go wybrałem już w 1998 roku nie decydując się na oszczędzanie w OFE), choć taki sposób nowelizacji ustawy o funduszach emerytalnych dokonany przez rząd Tuska, niestety przyniesie w przyszłości roszczenia odszkodowawcze zarówno samych ubezpieczonych ale być może także właścicieli OFE czyli PTE.

 źródło: http://kuzmiuk.blog.onet.pl/

Wnioski z konferencji o lasach

W dniu 22 marca 2014 roku w Wyśzej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu odbyła się konferencja pt „Polskie Lasy Państwowe i ich rola w jednoczącej się Europie”. Pregelentami byli najwybitniejsi znawcy polskiego leśnictwa, praktycy i teoretycy. Oto wnioski płynące z tej konferencji:

Wnioski z konferencji.

Leśnicy dbajmy o lasy

Marnotrawstwo

 

 

Od początku akcji pt grabić lasy twierdziliśmy, że Lasów nie stać na 1,6 miliardowy haracz. Niestety, mamy potwierdzenie naszych obaw. Zaczyna się chaotyczny wyrąb lasu. Piszą już o tym specjalistyczne, przyrodnicze portale:

” … O masowych wycinkach bez przerwy informują nas czytelnicy, obojętni nie pozostają też sami leśnicy, którzy wolą nie ujawniać swoich personaliów, by nie stracić pracy. Na profilu facebookowym jednego z nadleśnictw, zamieszczony został wpis, prawdopodobnie jednego z leśników, który jednak szybko zniknął, zapewne usunięty przez tę samą osobę, która go dodała.

„To co się dzieje od jakiegoś czasu w lasach, woła o pomstę do nieba. Wycinamy co popadnie, lasy wyglądają jak pobojowisko, bo musimy zarobić te setki milionów. Wszystko oczywiście kosztem przyrody” – brzmiał wpis.

„Nie tylko lasy stracą na nowej ustawie rządu. Mniejsze niż zakładano wcześniej środki zostaną przekazane na promocję biopaliw. Niestety pieniądze nie biorą się z sufitu, jeśli jedni je otrzymają, inni je stracą. 

W tym przypadku zyskali opiekunowie niepełnosprawnych dzieci, a straciła przyroda i mieszkańcy małych miejscowości, którzy będą zmuszeni dłużej poruszać się po zniszczonych i zarazem niebezpiecznych drogach lokalnych.”

Źródło: TwojaPogoda.pl

Dyrekcja Generalna nie broni firmy którą zarządza – poseł Dariusz Bąk

27 marca o godz. 13.00 odbyła się Konferencja prasowa Stowarzyszenia na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju Polski nt.” W obronie Polskich Lasów i Polskiej Ziemi – obywatelska akcja zbierania podpisów”. Transmisja z konferencji dostępna jest na stronie internetowej http://sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/transmisje_arch.xsp#2D524BDC25AF6795C1257CA8002F24DF

Poseł Dariusza Bąka powiedział, że według aktualnie obowiązujących przepisów obcokrajowcy będą mogli nabywać polską ziemię już w 2016 roku. Obie sprawy – przyszłość lasów i liberalizacja handlu polską ziemią – łączą się ze sobą. Dariusz Bąk, poseł PiS i były dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Radomiu, zwracał uwagę, że nałożony przez rząd i parlament styczniową nowelizacją ustawy o Lasach Państwowych haracz już spowodował, że w dalszym ciągu przedsiębiorstwo Lasy Państwowe nie ma zamkniętego planu finansowo-gospodarczego na ten rok, a dodatkowo zostanie zmuszone okolicznościami wycofać się z planowanych już inwestycji, np. budowy dróg leśnych.

– Ten haracz nałożony na Lasy Państwowe, które finansują swoje wydatki z własnych przychodów, doprowadzi do niewydolności finansowej tego przedsiębiorstwa. A jeżeli doprowadzi do niewydolności, to obawiamy się – a społeczeństwo przerabiało to wielokrotnie – że może dojść do tego, że zacznie się handel zasobami tego przedsiębiorstwa, czyli lasami znajdującymi się na jednej czwartej powierzchni kraju – ocenił Bąk.

Już dzisiaj zagraniczni inwestorzy zgłaszają chęć nabycia ziemi w naszym kraju, zwłaszcza że cena hektara polskiej ziemi jest dla inwestora z Europy Zachodniej bardzo atrakcyjna. – Na przykład w Holandii cena jednego hektara ziemi to 38 tys. euro, w Danii 36 tys. euro, a w Polsce – 6 tys. euro. Jest już blisko do maja 2016 r., kiedy będzie wolny obrót ziemią. Kto wie, czy ci, którzy mieli takie pomysły w sprawie lasów, nie współuczestniczą w tym, żeby udostępnić wielkie zasoby polskiej ziemi obcym kontrahentom. A to przecież jest nasze dobro – mówił Bąk. Jak zaznaczył, „chwilowy” rząd Donalda Tuska „nie może robić spustoszenia w majątku narodowym”. – Już to w minionym 25-leciu przeżywaliśmy. Świadomie doprowadzano różne przedsiębiorstwa do niewydolności, a następnie je prywatyzowano, i to niejednokrotnie za bezcen – dodał. Przeprowadzona na początku tego roku w błyskawicznym tempie przez Sejm rządowa nowelizacja ustawy o Lasach Państwowych przewiduje, że w tym i przyszłym roku Lasy Państwowe zobowiązane są wpłacić do budżetu państwa po 800 milionów złotych rocznie. Od 2016 r. mają wpłacać 2 proc. swoich przychodów.

źródło: Nasz Dziennik

Prawo i Sprawiedliwość kieruje zmianę ustawy o lasach do Trybunału Konstytucyjnego

Do Trybunału Konstytucyjnego trafi dziś wniosek Prawa i Sprawiedliwości o uznanie niekonstytucyjności zapisów znowelizowanej ustawy o lasach – dowiedział się „Nasz Dziennik”.

Szczegóły wniosku prof. Jan Szyszko przedstawi na dzisiejszej konferencji prasowej. Już blisko 1,3 miliona Polaków poparło wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie przyszłości Lasów Państwowych i wezwania rządu do renegocjacji zapisów traktatu akcesyjnego wprowadzających od 2016 roku możliwość nabycia polskiej ziemi przez obcokrajowców. Akcja zbierania podpisów trwa.

Aby zgłosić w Sejmie obywatelski wniosek o przeprowadzenie referendum, niezbędne jest zebranie przynajmniej pół miliona prawidłowo złożonych podpisów. Te, które do tej pory już przeliczono i sprawdzono poprawność numerów PESEL, znacznie przewyższają tę liczbę. – Efekty akcji zaskoczyły nawet nas jako organizatorów. Podpisy są zbierane wszędzie. Od małych miasteczek po duże miasta. Rząd PO – PSL błyskawicznie, w ciągu 26 godzin, przyjął poprawkę do ustawy o lasach, destabilizując ich system finansowy, ale i reakcja społeczeństwa była równie szybka – stwierdził poseł Jan Szyszko (PiS), były minister środowiska.

Wielki wstyd Tuska

Do wczoraj organizatorzy zweryfikowali dokładnie 1 mln 286 tys. 927 podpisów, a do przeliczenia są kolejne worki z listami poparcia dla przeprowadzenia referendum. Szyszko podkreślał, że akcja zbierania podpisów poparcia pod referendów jest ponadpartyjna, o czym świadczą przychylne głosy płynące od różnych środowisk politycznych. – Wszyscy są zaniepokojeni, że polski rząd postanowił zdestabilizować system finansowy polskich Lasów Państwowych i tym samym rozpocząć proces ich destrukcji. Rząd wstydzi się swojej decyzji, ale sprawy nie udało się zamieść pod dywan. W tej chwili mówi się, że te pieniądze z lasów przekaże albo na drogi, albo na niepełnosprawnych. Próbuje się skłócać społeczeństwo – ocenił Szyszko.

Wniosek o przeprowadzenie referendum zawiera dwa pytania. Pierwsze to pytanie o przyszłość Lasów Państwowych i zachowanie dotychczasowego systemu ich funkcjonowania. Drugie dotyczy zobowiązania rządu do podjęcia pilnej renegocjacji traktatu akcesyjnego w zakresie wolnego obrotu ziemią dla obcokrajowców w Polsce w celu wynegocjowania takich przepisów, by zakup polskiej ziemi przez obcokrajowców był możliwy dopiero od roku, w którym siła nabywcza średniej pensji Polaka będzie stanowiła minimum 90 proc. średniej siły nabyw- czej średniej pensji mieszkańców pięciu najbogatszych państw Unii Europejskiej.

Całość artykułu można przeczytać na http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/72771,lasy-juz-w-trybunale.html

 Artur Kowalski

Źródło Nasz Dziennik

Informujemy, że  28 marca br. o godz. 10.00 w Sejmie RP odbędzie się konferencja prasowa nt. „Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją RP przepisów ustawy z dnia 24 stycznia 2014r. o zmianie ustawy o lasach”.
Udział w konferencji biorą Posłowie Prawa i Sprawiedliwości Mariusz Błaszczak oraz prof. Jan Szyszko.
Konferencję można oglądać na stronie internetowej: http://sejm.gov.pl/Sejm7.nsf/transmisje.xsp?unid=D842917969AA06E0C1257CA900294EEE#

Gorąco polecamy