Wrzesień 2016
P W Ś C P S N
« Sie    
 1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwa

stat4u

Zarządzanie zespołem, rozwój osobisty – wykład na spotkaniu Przewodniczących KZ NSZZ “S” – Spała 2016

Spotkanie Przewodniczących Komisji Zakładowych NSZZ “Solidarność” – Spała

Regionalne Święto Lasu – Kraków 2016

XX Pielgrzymka Leśników do Matki Boskiej – Królowej Polski

jasna-gora-pielgrzymka-lesnikow-270x180Około 7 tys. osób zgromadziła w sobotę na Jasnej Górze 20. Pielgrzymka Leśników i Pracowników Ochrony Środowiska. Za ofiarną pracę dziękował im w specjalnym liście prezydent Andrzej Duda oraz minister środowiska Jan Szyszko, który uczestniczył w pielgrzymce.

W spotkaniu pod hasłem “Chrzest Polski źródłem chrześcijańskiej tożsamości leśników”, wzięli udział pracownicy leśnictwa, gospodarki wodnej i parków narodowych, wyższych i średnich szkół leśnych oraz przedstawiciele ruchów ekologicznych.

List prezydenta Andrzeja Dudy odczytał dyrektor generalny Lasów Państwowych Konrad Tomaszewski.

“To znamiennie, że 20. jubileuszowa pielgrzymka leśników na Jasną Górę wypada w roku obchodów 1050-lecia chrztu Polski. Do rocznicy tej odnosi się również myśl przewodnia Państwa spotkania” – napisał prezydent.

“Odczytuję ją jako przypomnienie ważnego faktu – prawdy o tym, że chrześcijaństwo, tak dzisiaj, jak i przed wiekami – wywiera wpływ na wszystkie sfery cywilizacji europejskiej, a więc także na nasz stosunek do innych istot żywych i środowiska przyrodniczego” – dodał Andrzej Duda.

Prezydent podkreślił, że środowiska naturalnego nie wolno traktować bez szacunku, nadużywać lub niszczyć. Dlatego ochronę przyrody postrzega się także w kategoriach moralnych i prawnych – dodał prezydent i zaznaczył, że Polska należy do krajów, w których środowisko należy do największych bogactw narodowych.

Osobiście leśnikom podziękował minister Jan Szyszko, który uczestniczył w pielgrzymce.

“Przyszedłem tu razem z leśnikami podziękować im za pracę, za rok tej ciężkiej pracy dla dobra polskiej przyrody, dla dobra ludzi w Polsce, bo te zasoby przyrodnicze mają służyć człowiekowi i one rzeczywiście służą (…)” – powiedział Jan Szyszko.

Dyrektor Tomaszewski w swoim wystąpieniu przypomniał, że Lasy Państwowe zarządzają prawie 30 proc. terytorium Polski. Wyraził opinię, że obecnie zaczyna się podważać dorobek leśników w zakresie pielęgnacji różnorodności biologicznej.

“Ta różnorodność biologiczna, z którą mamy do czynienia, to jest oczywiście przede wszystkim dzieło boskie, ale również moderowane, czy współkształtowane ręką leśnika” – wskazał Tomaszewski.

Centralnym punktem pielgrzymki była msza odprawiona przez biskupa Tadeusza Lityńskiego – krajowego duszpasterza leśników. Zgromadzonych powitał przeor sanktuarium o. Marian Waligóra.

“Wasze pielgrzymowanie jest zawsze przypomnieniem nam wszystkim, że środowisko naturalne, przyroda, lasy, które nas otaczają, są wielkim dobrem i darem dla człowieka wychodzącym z ręki samego Boga, a my ludzie jesteśmy współpracownikami Boga w korzystaniu i pomnażaniu tego wszystkiego” – powiedział przeor.

źródło: Radio Maryja

http://www.jasnagora.com/wydarzenie-10465

Wystąpienie ks. prof. dr hab. Stanisława Ormantego podczas Krajowej Narady Leśników przy okazji XX Pielgrzymki Leśników. Częstochowa 2016

Jak sytuację w Puszczy Białowieskiej oceniają mieszkańcy puszczy

Puszcza Białowieska jest w trakcie katastrofy ekologicznej. Martwe świerki zalegające w Puszczy Białowieskiej budzą dezaprobatę lokalnej społeczności.
Film prezentuje wypowiedź jednego z przedsiębiorców leśnych.
Charakteryzuje on w sposób niezwykle realistyczny sytuację w Puszczy oceniając zasady prowadzonej polityki ochrony przyrody na tym terenie.

http://lasy.tv/lasy-tv/lesnictwo-na-swiecie/zamieranie-swierkow-w-puszczy-bialowieskiej-co-sadzi-lokalna-spolecznosc.html

Piąta kolumna w rządzie działa

Wydawało się, że po powołaniu rządu pani Beaty Szydło Lasom Państwowym nic nie grozi. Niestety, jeszcze raz sprawdziły się słowa Ojca Świętego Jana Pawła II, że wolność nie jest nam dana raz na zawsze. Trzeba o nią walczyć i dbać cały czas. Przykładem niechlubnym tych słów jest projekt zarządzenia Ministra Rozwoju w sprawie powołania Zespołu do spraw Rozwoju Przemysłu Drzewnego. Nie tyle sam Zespół, ile zadania, którymi miałby się zająć. Zespół miałby się zająć “wypracowaniem zmian w systemie sprzedaży drewna w Rzeczpospolitej Polskiej”. Zważywszy na to, że w skład zespołu wchodziliby głównie drzewiarze, którzy w lesie widzą tylko drewno, mielibyśmy powrót do systemu rozdzielczego, po symbolicznych cenach. Coś jak portal za Wasiaka, tylko po niższych cenach i bez s-drewna i kar za nieodebrane masy. A to prosta droga do finansowania Lasów przez budżet. Ilu agentów PO-PSL działa jeszcze w rządzie Pani Premier?

Projekt zarządzeniaStanowisko KSPL ws zarządzenia MRStanowisko KSZNOŚiL ws zarządzenia MR

Dziś idę walczyć – Mamo!

Władza zdradziła Powstanie, zdradziła wartości, za które umierano!
Homilia Arcybiskupa Marka Jędraszewskiego

W ludziach niemal wszystkich czasów i epok tkwiło pragnienie powrotu do utraconego niegdyś, w zamierzchłych czasach, ładu i harmonii. Pojawiało się ono między innymi w mitycznych ideach złotego wieku, który miał mieć miejsce za czasów panowania Kronosa. W przeciwieństwie do pogańskich mitologii, w Starym Testamencie pragnienie powrotu do pierwotnej sprawiedliwości miało charakter jak najbardziej realistyczny. Przyjmowało bowiem postać świętej instytucji Roku Jubileuszowego, o którym mówiło dzisiejsze pierwsze czytanie mszalne z Księgi Kapłańskiej. Obchodzono go raz na pięćdziesiąt lat. Wyrównywano wtedy najbardziej bolesne społeczne nierówności: każdy Izraelita mógł bowiem powrócić do swej własności i do swego rodu (por. Kpł 25, 10). Obchodom Jubileuszu przyświecały dwie zasady, zawsze wprawdzie obecne w judaizmie, ale które wtedy, w tym roku szczególnym nabierały niezwykłego blasku. Odnosiły się one do relacji z drugim człowiekiem i do relacji z samym Bogiem. Przyjmowały kształt następujących wezwań, jednego wyrażonego w postaci zakazu, a drugiego w postaci nakazu: „Nie będziecie wyrządzać krzywdy jeden drugiemu. Będziesz się bał Boga twego, bo Ja jestem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 25, 17). W nowym Testamencie zostały one uszlachetnione i wyniesione do rangi dwóch przykazań miłości Boga i bliźniego (por. Mt 22, 37-40).W listopadzie 1918 roku dla zdecydowanej większości Polaków nie ulegało najmniej wątpliwości, że odzyskana przez Polskę niepodległość, potwierdzona pokojem wersalskim w czerwcu 1919 roku, była swego rodzaju przejawem sprawiedliwości dziejowej, przezwyciężeniem krzywdy rozbiorów i powrotem do pierwotnego ładu panującego w Europie, a na pewno wyrazem Bożej Opatrzności, która nigdy, nawet w najbardziej trudnych chwilach, Polaków nie opuściła. Z kolei ani Niemcy, ani sowiecka Rosja nie chciały się z tym pogodzić. Uważały, że trzeba za wszelką cenę powrócić do granic z roku 1914, sprzed wybuchu Wielkiej Wojny. Kilkakrotnie podejmowane między nimi negocjacje w tej sprawie trwały właściwie już od czasu zawarcia pokoju w Wersalu, jednakże najbardziej złowieszczą postać przyjęły w podpisanym Moskwie w dniu 23 sierpnia 1939 roku układzie Ribbentrop – Mołotow. To właśnie wtedy wypito toast z okazji bliskiej już śmierci bękarta pokoju wersalskiego, jak wtedy nazwano Polskę. Nie dziwmy się, że obydwom państwom totalitarnym, niemieckiej III Rzeszy i Rosji radzieckiej, niezwykle daleko było do ducha żydowskiego Roku Jubileuszowego czy, tym bardziej, od chrześcijańskich przykazań miłości – to znaczy od gotowości uznania krzywd, jakie poprzez rozbiory Niemcy, Rosja wraz z Austrią wyrządziły w XVIII wieku Polsce i jakie przez cały wiek XIX pogłębiały, krwawo tłumiąc kolejne polskie zrywy powstańcze. Zarówno hitlerowskie Niemcy, jak też Rosja Lenina i Stalina były bowiem w swych najbardziej fundamentalnych założeniach antychrześcijańskie. Bezpośrednim skutkiem układu Ribbentrop – Mołotow stał się napad na Polskę w dniu 1 września 1939 roku ze strony Niemiec, oraz w dniu 17 września ze strony Rosji sowieckiej.

Obydwóm państwom totalitarnym bynajmniej nie chodziło tylko o militarne pokonanie państwa polskiego. Chodziło im bowiem o fizyczne zniszczenie narodu polskiego w jego warstwie duchowej i kulturowej, i sprowadzenie go do roli ciemnych, ledwo wykształconych niewolników. Jeden z oficerów Wehrmachtu, hrabia Klaus von Stauffenberg, we wrześniu 1939 roku tak pisał o Polsce w liście do swej żony: „Co najbardziej rzuca się w tym kraju w oczy, to zaniedbanie. Nie tylko bezgraniczna bieda i nieporządek, lecz wrażenie, że wszystko, co wcześniej widziało lepsze czasy, dziś podupadło. Sytuacja na wsi i reforma rolna przyczyniły się w dużej mierze do pauperyzacji większych posiadaczy ziemskich. Miejscowa ludność to niewiarygodny motłoch, bardzo dużo Żydów i mieszańców. Naród, który, aby się dobrze czuć, najwyraźniej potrzebuje bata. Tysiące jeńców przyczynią się na pewno do rozwoju naszego rolnictwa. Niemcy mogą wyciągnąć z tego korzyści, bo oni są pilni, pracowici i niewymagający”.

Tej postawie pogardy wobec Polaków, której wymownym wyrazicielem stał się wtedy Stauffenberg, towarzyszyło prawdziwie niemieckie, systematyczne niszczenie polskiej kultury. Bynajmniej nie przez przypadek obiektem niemieckich bombardowań we wrześniu 1939 roku stał się, niejako symbolicznie, Zamek Królewski w Warszawie. Samo zaś to miasto miało – w myśl hitlerowskich planów – zatracić swój charakter stolicy i stać się prowincjonalnym miastem Rzeszy, po lewej stronie Wisły zamieszkałym jedynie przez Niemców, a po prawej przez niewielką populację 30-80 tysięcy Polaków, sprowadzonych do roli niewolników. Wprawdzie budowa niemieckiego Warschau miała być podjęta dopiero po zwycięskiej dla III Trzeciej Rzeszy wojnie, jednakże przygotowania do wzniesienia tego „nowego niemieckiego miasta” zaczęto już późną jesienią 1939 roku. Polegały one na systematycznie prowadzonym przez hitlerowców procesie eksterminacji mieszkańców Warszawy. Do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego straty jej ludności wynosiły około 680 tysięcy osób.

Ostrze walki z Polakami i z polskością było wymierzone w pierwszym rzędzie przeciwko polskiej inteligencji. Tworzenie jej nowych pokoleń stało się zatem być albo nie być polskiego narodu. Stąd podziemne państwo polskie, które zrodziło się w czasach okupacji, wraz z swym zbrojnym ramieniem, jakim była przede wszystkim Armia Krajowa, ogromną wagę przywiązywało do tajnego kształcenia dzieci i młodzieży na wszystkich jego poziomach – od szkoły podstawowej po uniwersytet. Wraz z wielkim wysiłkiem edukacyjnym szło w parze heroiczne zmaganie o polską kulturę. Działalność konspiracyjnego Teatru Rapsodycznego w Krakowie, założonego w 1941 roku przez Mieczysława Kotlarczyka, w którym szczególnie wyróżniał się młody aktor, jeszcze niedawno student polonistyki UJ, Karol Wojtyła, może być tego najlepszym przykładem i równocześnie symbolem. W czasach okupacji, naznaczonych tak bezwzględną walką z kulturą polską, doskonale zdawano sobie sprawę z tej prawdy, której w 1980 roku, 36 lat po Powstaniu Warszawskim, dał świadectwo na forum UNESCO w Paryżu, odwołując się również do osobistych doświadczeń, Ojciec Święty Jan Paweł II. Wyznawał on wtedy: „Jestem synem narodu, który przetrwał najstraszliwsze doświadczenia dziejów, który wielokrotnie był przez sąsiadów skazywany na śmierć – a on pozostał przy życiu i pozostał sobą. Zachował własną tożsamość i zachował pośród rozbiorów i okupacji własną suwerenność jako naród – nie w oparciu o jakiekolwiek inne środki fizycznej potęgi, ale tylko w oparciu o własną kulturę, która okazała się w tym wypadku potęgą większą od tamtych potęg” (Jan Paweł II, Przyszłość człowieka zależy od kultury. Przemówienie wygłoszone 2 czerwca 1980 roku w UNESCO, n. 14).W czasach okupacji za wszystko groziła śmierć: że się było polskim inteligentem, że się było Żydem, że się należało do podziemia, że się pomagało Żydom, że się uczęszczało na tajne komplety, że konspiracyjnie kultywowało się polską kulturę, że się dało pochwycić Niemcom podczas ulicznej łapanki… Tę listę „za co groziła śmierć” można by wydłużać niemal w nieskończoność – a to dlatego, że u podstaw jej tworzenia znajdowała się brutalnie demonstrowana przez „rasę panów” pogarda dla Untermenschów – dla „podludzi”: pogarda bez granic. Odpowiedzią na nią mogło być tylko jedno: honor, który trzeba było wywalczyć i wybronić wraz ze słowem „Polska” na ustach i ze słowem „Bóg” w sercu. Mający zaledwie 21 lat, młody poeta, a równocześnie członek Grup Szturmowych Szarych Szeregów, później żołnierz oddziału „Agat”, „Pegaz” i „Parasol”, Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek”, w noc sylwestrową 1943 roku po raz pierwszy zadeklamował przed gronem kolegów swój słynny wiersz, zatytułowany: Dziś idę walczyć – Mamo!.

„Dziś idę walczyć – Mamo!/ Może nie wrócę więcej,/ Może mi przyjdzie polec tak samo/ Jak, tyle, tyle tysięcy/ Poległo polskich żołnierzy/ Za Wolność naszą i sprawę,/ Ja w Polskę, Mamo, tak strasznie wierzę/ I w świętość naszej sprawy/ Dziś idę walczyć – Mamo kochana, /Nie płacz, nie trzeba, ciesz się, jak ja,/ Serce mam w piersi rozkołatane,/ Serce mi dziś tak cudnie gra./ To jest tak strasznie dobrze mieć Stena w ręku /I śmiać się śmierci prosto w twarz,/ A potem zmierzyć – i prać – bez lęku/ Za kraj! Za honor nasz! /Dziś idę walczyć – Mamo!”.

Kiedy Jan Nowak-Jeziorański w 1944 roku przybył do Warszawy, aby przekazać dowództwu AK, iż nie ma co się łudzić odnośnie do pomocy z Zachodu i że jakiekolwiek powstanie zbrojne nie ma sensu, szybko zrozumiał, iż jest ono po prostu nieuniknione. Taka była, z jednej strony, niszczycielska moc hitlerowskiej pogardy i terroru, i taka była, z drugiej strony, ogromna determinacja Polaków, zwłaszcza młodych, by choć na krótko doświadczyć błogosławieństwa wolności. Wiersz Dziś idę walczyć – Mamo! był swoistym Credo pokolenia ówczesnych dwudziestolatków.

Józef Andrzej Szczepański, ps. „Ziutek” poszedł walczyć, a wraz z nim tysiące członków AK, we wtorek, 1 sierpnia 1944 roku, gdy wybiła „Godzina W”. Powstanie miało trwać zaledwie kilka dni – a trwało długich dni 63. Każdy z nich był czasem heroizmu i bezprzykładnego bohaterstwa. 4 sierpnia, pośród gradu niemieckich kul, „Ziutek” ułożył tekst pieśni Pałacyk Michla, który szybko stał się hymnem Powstania Warszawskiego. Na przekór dramatycznych sytuacji, budził optymizm wszędzie tam, gdzie go wtedy nucono: na barykadach, w piwnicach, w polowych szpitalach, na podwórkach. „Każdy z chłopaków chce być ranny,/ sanitariuszki morowe panny./ A gdy cię trafi kula jaka,/ poprosisz pannę, da ci buziaka w nos!/ Hej! Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch,/ pracując za dwóch!/ Czuwaj wiara i wytężaj słuch,/ pręż swój młody duch/ jak stal!”.

Z czasem, gdy liczba ofiar pośród powstańców i ludności cywilnej, jak również rozmiar materialnych strat Warszawy przerażająco rosły, a pomoc z Zachodu rzeczywiście nie nadchodziła, optymizm powoli słabł. Najbardziej wszakże bolał cynizm wojsk radzieckich, które na rozkaz Stalina stanęły na linii Wisły, biernie patrząc z daleka na łuny ognia i dymu unoszące się nad miastem. Stalin nie chciał widzieć wolnej Warszawy w roku 1920 podczas wojny bolszewickiej, ani tym bardziej nie chciał być witanym w roku 1944 – w wyniku szczęśliwie przeprowadzonej przez AK akcji „Burza” – przez wolnych gospodarzy stolicy Polski. Dlatego też zatrzymał ofensywę swych armii. Wolał, aby w dziele niszczenia Warszawy i Polski wyręczył go Hitler. 29 sierpnia 1944 roku bard Powstania, „Ziutek” Józef Andrzej Szczepański, napisał wiersz Czerwona zaraza. Trzy dni później, 1 września, podczas ewakuacji powstańczych oddziałów ze Starówki został ciężko ranny. Koledzy go nie zostawili. Kanałami przenieśli do Śródmieścia, gdzie 10 września zmarł w szpitalu przy ul. Marszałkowskiej. Pozostał jednak jego wiersz, pełen bólu a równocześnie powstańczej godności:

„Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą. (…)

Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.

Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych – mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.

Czekamy ciebie – ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.

Nic nam nie robisz – masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić…
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.

Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska – zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły”.

Powstanie Warszawskie było największym zrywem wolnościowym w historii drugiej wojny światowej. Poległo w nim około 16.000 powstańców i około 150.000 ludności cywilnej. Tysiące osób zostało rannych. Po jego upadku około 650.000 ludności cywilnej udało się z Warszawy do obozu przejściowego w Pruszkowie, a stamtąd 150.000 do przymusowej pracy w Niemczech, około 50.000 do obozów koncentracyjnych.

Ze względu na ogrom strat osobowych, a także bezmiar zniszczeń materialnych dokonywanych przez Niemców także po jego upadku, od samego początku Powstanie było różnie komentowane i oceniane. Niekiedy wyrażano wykluczające się wręcz opinie: jednym jawiło się ono jako heroiczny zryw, przez drugich jako przejaw politycznej głupoty i skrajnej nieodpowiedzialności. Niejednokrotnie nie brano pod uwagę tego, czego w 1944 roku doświadczył Jan Nowak-Jeziorański. Częstokroć przy ferowaniu wyroków brano całkowicie w nawias wydźwięk moralny tego dramatycznego wydarzenia. Tymczasem – jak mówił Jan Paweł II na forum UNESCO w 1980 roku – „istnieje podstawowa suwerenność społeczeństwa, która wyraża się w kulturze narodu. Jest to ta zarazem suwerenność, przez którą równocześnie najbardziej suwerenny jest człowiek” (tamże, n. 14). Przy tym dodawał: „nie ulega też wątpliwości, że pierwszym i podstawowym wymiarem kultury jest zdrowa moralność: kultura moralna” (tamże, n. 12). Inaczej mówiąc, nie ma kultury bez moralności, jak nie ma moralności bez prawdy – zarówno historycznej, jak i antropologicznej. Powstania Warszawskiego nie można uczciwie ocenić bez uwzględnienia wymiaru moralnego, który od samego początku dogłębnie go przenikał. Podobnie jak nie możemy – po tylu już latach – nie patrzeć na Powstanie jako wielkie zobowiązanie moralne, które spoczywa na kolejnych pokoleniach Polaków, aby strzec tego, co najważniejsze w życiu poszczególnych ludzi i całego naszego narodu.

Patrząc na wydarzenia ostatnich tygodni i dni, z bólem trzeba nam, niestety, stwierdzić, że pewne osoby, które z demokratycznego mandatu aktualnie sprawują władzę w naszym Kraju, tego moralnego zobowiązania albo nie dostrzegają, albo je w pełni świadomie lekceważą. W dniu 8 lipca tego roku prezydent RP włączył się w niemieckie obchody poświęcone uczczeniu wspomnianego wcześniej płk. Klausa von Stauffenberga. To prawda, był on sprawcą, nieudanego zresztą, zamachu na Hitlera w dniu 20 lipca 1944 roku, ale przecież nie wyrzekł się wtedy swych poglądów na temat Polaków i ciągle domagał się, aby po zakończeniu drugiej wojny światowej granice wschodnie Niemiec były dokładnie takie same, jak granice z czasów zaborów, sprzed wybuchu pierwszej wojny światowej. W naszym powszechnym odczuciu, zrównanie przez prezydenta RP „polskiego zrywu niepodległościowego 1 sierpnia 1944 roku” z niemiecką „tradycją zamachu na Hitlera” uwłacza pamięci tych, którzy mieli dość traktowania siebie jako „podludzi” i którzy właśnie dlatego chcieli „śmiać się śmierci prosto w twarz”, a potem ze Stenów „prać bez lęku” w „aryjskich nadludzi” – „za kraj, za honor nasz!”.

Jak berlińskie wystąpienie prezydenta RP podważyło prawdę historyczną o Powstaniu Warszawskim, tak ostatnio uchwalone przez polski Parlament i podpisane przez prezydenta RP: tak zwana konwencja „anty-przemocowa” i ustawa o in vitro, oraz przyjęta przez Sejm ustawa „o uzgodnieniu płci” mogą być uznane jako zdrada wobec tych wartości moralnych, dla których Powstanie w ogóle wybuchło. W 1980 roku na forum UNESCO Jan Paweł II przestrzegał przed taką formą alienacji człowieka, która polega na tym, że przyzwyczaja się on do tego, iż „jest przedmiotem wielorakiej manipulacji”: ideologicznej, politycznej, medialnej, ekonomicznej. Dotyczy to zwłaszcza sfery ludzkiego życia, jego godności i jego poszanowania. Celem tej manipulacji jest odebranie człowiekowi jego podmiotowości i „nauczenia” go życia jako także swoistej manipulacji samym sobą. Jak mówił Papież, zwłaszcza społeczeństwa „o najwyższej cywilizacji technicznej (…) stoją wobec swoistego kryzysu człowieka, polegającego na rosnącym braku zaufania do własnego człowieczeństwa, do samego sensu bycia człowiekiem, do płynącej z tego afirmacji i radości, która jest twórcza. Cywilizacja współczesna stara się narzucić człowiekowi szereg pozornych imperatywów, które jej rzecznicy uzasadniają prawem rozwoju i postępu. (…) W tym wszystkim wyraża się pośrednio wielka systematyczna rezygnacja z tej zdrowej ambicji, jaką jest ambicja bycia człowiekiem. Nie łudźmy się, że system zbudowany na fundamentach tych fałszywych imperatywów, system takich podstawowych rezygnacji, może tworzyć przyszłość człowieka i przyszłość kultury”.W świetle tych papieskich stwierdzeń, nie ulega żadnych wątpliwości: powstańcy warszawscy nie rezygnowali z prawdy o swoim człowieczeństwie i nie chcieli budować przyszłości Polski na fałszywych imperatywach. Odnosząc natomiast przemówienie Jana Pawła II do wspomnianych ustaw, trzeba uznać je jako jedno wielkie kłamstwo o człowieku, jako poważny błąd antropologiczny, wynikający z odrzucenia klasycznej prawdy o człowieku na rzecz współczesnych, skrajnych, lewackich ideologii. Nawiązując do wiersza Józefa Andrzeja Szczepańskiego pod tytułem Czerwona zaraza, będącego jednym wielkim oskarżeniem czerwonego bolszewizmu, musimy jednoznacznie stwierdzić: obecnie przychodzi do nas lewacka zaraza. Dlatego też z całą powagą musimy zadać sobie szereg pytań, inspirowanych utworem bohaterskiego „Ziutka”: Ilu z nas widzi w tej zarazie zbawienie dla siebie, a ilu „wita ją z odrazą”? Ilu z nas wie, jak „znowu będzie strasznie potem i powie sobie, że znów z nas zakpili”? Ilu z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak przerażający w skutkach jest jej zamiar, „byśmy legli tu wszyscy pokotem”? Ilu jeszcze naprawdę wierzy, że „nowa zwycięska Polska [mimo wszystko] się narodzi”?

Patrząc na medialną przemoc stosowaną wobec nas i na powszechny głos tak zwanych „autorytetów”, można niekiedy zwątpić w dobrą przyszłość naszego narodu. Pozostaje nam jednak ostateczny fundament – wiara w Boga, który jest Panem dziejów i historii.Naszą refleksję zakończmy więc wierszem księdza Tadeusza Burzyńskiego, który zginął dokładnie 71 lat temu, 1 sierpnia 1944 roku, dosłownie w pierwszej godzinie Powstania Warszawskiego, gdy szedł z posługą kapłańską do rannych powstańców, i którego relikwie od roku spoczywają w naszej łódzkiej Katedrze – wierszem Bezsilny ból: „Wzlecę na skrzydłach w tę dal wysoką/ wzlecę w te błędne, niezmierzone strony/ w zawrotny bezmiar, gdzie mi wskaże oko/ gdzie bytu zagadka – Ten Nieskończony./ Wiara i miłość skrzydłami mi będą/ w locie do słońca, w niebieskie przestworze/ przemierzę przestrzeń w szalonym zapędzie/ przed Tobą padnę, wiekuisty Boże”.

„Jeszcze Polska nie zginęła, póki my…”.
Źródł: fronda.pl

Te Dni…

Światowe Dni Młodzieży to moment, w którym przyspiesza polska historia.

Światowe Dni Młodzieży to moment, w którym przyspiesza polska historia. Do Polski przyjechali chrześcijanie w całego świata – widzą prawdę o naszym życiu. Widzą spokojny kraj, dobrych, przyjaznych ludzi.

Papież Franciszek odwiedza Częstochowę, Kraków i Auschwitz. To wszystko, a także wielka modlitwa, która unosi się nad polską ziemią – to nie są zdarzenia zwykłe.

Na naszych oczach dzieje się teraz wielkia mistyka. Pryskają propagandowe oszczerstwa, na należne mu miejsce powraca wielki Polak Maksymilian Maria Kolbe. Trwa pochód Dobra.

Myślicie, że pisząc te słowa jestem zbyt egzaltowany, że nadaje tym zdarzeniom niewymierny akcent? Jestem przekonany, że w tym momencie jeszcze nie doceniamy doniosłości tych chwil, bardziej intuicyjnie niż racjonalnie czuje, że najbliższe miesiące objawią moc tego świadectwa.

Wielka modlitwa na polskiej ziemi niesie ogromne zmiany. Katolicyzm właśnie się odradza – widzę to w twarzach tysięcy pielgrzymów, przybyli tu z daleka, przynieśli nam wielki dar, wzmacniają nas. Te twarze zdają się mówić jeden doniosły komunikat – dziś wy, Polacy musicie odmienić swój kontynent.

Dziś Polska rośnie staje się ważna.

Nieistotny staje się wewnętrzny spór, oto na nasze barki zostaje nałożona misja pokojowej krucjaty. Musimy skupić się na rzeczy najważniejszej – stworzeniu języka, którym opowiemy prawdę tym, którzy ją już zagubili, którzy sami zatracili się w niejednoznaczności wspólczesnego świata.

Właśnie teraz cały ciąg znaków: święta Faustyna, święty Maksymilian Maria Kolbe, święty Jan Paweł II, spaja się w jedno – w jeden logiczny, spójny i dopełniony przekaz. Polacy przetrwali, nie dla samych siebie jednak – dziś każdy z Polaków ma obowiązek nieść świadectwo o współczesnym przesłaniu Jezusa Chrystusa dla całego świata.

Niech sobie drwią, niech nie wpuszczają do domów – to Polska ma dziś wielką misję, którą kiedyś Pan powierzył Izraelowi.

Zwykle nie jestem skłonny do mistycyzmu i egzaltacji, ale wobec tego co dzieje się teraz w Krakowie, Częstochowie, Oświęcimiu nie można milczeć i nie można traktować tego jak kolejną imprezę. To nie igrzyska olimpijskie, ani mistrzostwa w piłce nożnej.

To jest wielkie zgromadzenie chrześcijan – powstaje nowy głos, który niedługo zabrzmi donośnie na całym świecie.

Tak, tak pukajcie się w czoła i uśmiechajcie nad tym, że kompletnie już sfiksowałem, że naraz niegodny grzesznik i uczestnik gorszących nieraz sporów uderza w tak podniosłe tony.

Przecież jednak gołym okiem widać dziś, że Polska nie została ocalona z europejskiego zniszczenia wartości, od fałszywych proroków i idei, tylko dla samej siebie.

To, że jesteśmy dziś spokojnym krajem tolerancyjnych i religijnych ludzi nie jest ani naszą zasługą, ani przypadkiem.

Dziś Polsce powierzone jest wielkie zadanie…i Polska je udźwignie. Idą wielkie dni dla naszej małej Ojczyzny.

Jeszcze w to nie za bardzo wierzymy, jeszcze oglądamy się na tych, którzy zawsze byli lepsi, którzy wyprzedzali nas w kolejce po honory, ale przecież – jak natchniony Duchem powiedział papież Franciszek – to ze zwykłości wyrasta świętość, to w szarości codziennych dni rośnie Wielka Zmiana.

Powtarzam stare zdanie: Polska, albo będzie wielka, albo też nie będzie jej wcale. Jeśli nie sprostamy misji, którą teraz zaczynamy dostrzegać, szczeźniemy jak wielu przed nami, albo… zmienimy świat. Światowe Dni Młodziezy jeszcze trwają, ale już teraz widać, że roztoczona jest nad nimi niezwykła aura i opieka.

Pielgrzymi wrócą do domów i zaniosą tam dzisiejszą Polskę.

Nie doceniałem wagi tych dni, ale teraz pokornie schylam głowę przed tymi tłumami i ich modlitwą.

Witold Gadowski

Chrześcijańska Polska jest niewygodna – mocna homilia bp. Libery

Biskup podkreślił, że w 1989 roku okazało się, że nie ma winnych wydarzeń czerwca 1976 r., a “dawni dygnitarze i esbecy żyją sobie spokojnie”. Biskup Libera pytał również, jaka konieczność kazała wspierać uwłaszczenie nomenklatury i nie osądzić prokuratorów i sędziów, którzy dla własnej wygody, dla kariery krzywdzili prostego robotnika? – Ile braku rozsądku lub premedytacji było w oddaniu tak wielu gazet, stacji radiowych telewizyjnych, portali internetowych w ręce resortowych dzieci, bądź właścicieli zza zachodniej granicy? Jaka dziejowa konieczność może popierać lewacką politykę multi-kulti, dla której wszystkie religie, kultury są jednakowo ważne, tylko nie ta, w której wyrośli – Chrystusowa, chrześcijańska?

Tacie z pewnością by się podobało – 40 lat po Radomskim Czerwcu

Tacie z pewnością by się to podobało: to jednak dobry dowcip historii, że budynek dawnego KW PZPR w Radomiu spalony podczas wydarzeń radomskich po podwyżkach cen w czerwcu 1976 r, znajduje się dziś na rogu ulic 25 czerwca i Romaszewskiego….
Przy okazji dowiedziałam się, że budynek ten od 1938 aż do 1975 r i od 1990 do dziś – jest siedzibą Regionalnej Dyrekcji Lasow Państwowych. W 75 go zabrano, niemalże w jeden dzień wyprowadzając wszystkich pracowników, na siedzibę Komitetu Wojwódzkiego partii, a już w 76 został spalony… Kradzione nie tuczy widać….
Było bardzo uroczyscie choć taki żar lał się z nieba,ze mało żeśmy się wszyscy nie poroztapiali od upału. Wielkim osiągnieciem tamtejszego środowiska b. uczestników wydarzeń czerwca jest też wmurowanie tablicy, poświęconej radomskim protestom, na ścianie Dyrekcji Lasów Państwowych.
Miejscowi dziennikarze pytali mnie jak się czuję podczas uroczystości upamietnienia Czerwca 1976 i nadania ulicy imienia mojego Ojca, Cóż.. w takiej sytuacji człowiek czuje sie dziwnie. Dla mnie Wydarzenia Radomskie to nie jakiś fragment z podręcznika, nie tablice, pomniki, sztandary i celebracje – to po prostu moje życie, czasy szkolne, codzienność. Na pamięć znam nazwiska, które nieustannie przewijały się w naszym domu… Łabędzki – sprawa odnaleziona przez Mirka Chojeckiego na samym początku – jeden z dwóch robotników, ktorzy zginęli w czasie stać z ZOMO, przygnieceni przyczepą wypełnioną betonowymi płytami, dalej: ciągnąca się jeszcze po czasach Solidarności sprawa Jana Brożyny, zatłuczonego przez milicję. Jego zabójstwo przypisano trzem osobom, po części całkiem przypadkowym, z których jedna, wyglądając z okna nocą, w czasie imprezy, widziała jak milicjanci wyrzucili z radiowozu ciało Brozyny na ulicy Koszarowej…. Piasecki – siedział za to najdłużej, jego siostra Hanka Ostrowska blisko wspólpracowała z KORem, a jego narzeczona Ewa Sobol okazała się w końcu agentką SB, Nowakowski popełnił samobójstwo (?) w więzieniu po odwołaniu zeznań, Wesława Skórkiewicz, zeznawała wszystko co od niej chcieli, zmarła wkrótce po wyjściu z więzienia… Ks. Kotlarz, który błogosławił protestujących – cieżko pobity przez nieznanych sprawców, tuż przed tajemniczą śmiercią w sierpniu 76 r. Kobyłka, Chomicki, Gniadek…. Straszne wrażenie, jakie na Rodzicach zrobił bezmiar radomskiej biedy i bestialskie bicie ludzi na milicji, to jak bardzo ci ludzie i właściwie całe miasto, byli opuszczeni i osamotnieni. Nawet miejscowy Kościół trząsł się ze strachu i nie bardzo chcial się wówczas sprawą ks. Kotlarza zajmować, a miejscowa inteligencja, w swojej wiekszości wlazła w mysia dziurę…
Przez wiele lat później, w gruncie rzeczy jakoś niechętnie wspominano w Radomiu te bolesne i nie dla wszystkich chwalebne czasy… Nawet po 90 roku, wiele lat Tata bywał w Radomiu goszczony bardziej “z obowiązku” niż z przekonania…
Nasz dom miał tę specyfikę, że oprócz tego iż Tata sam jezdził do Radomia (od września do grudnia 76 – 43 razy, jak policzył) to mama prowadzila tzw. kartotekę radomską i rodzaj “dyspozytury”. Czyli każdy, kto jechał do Radomia lub wracał i miał jakies nowe informacje o poszkodowanych, represjonowanych, musiał się u nas zameldować, pobrać wskazówki, pieniądze… Przyjeżdżał potem do nas do domu, głównie późno wieczorem i zdawał relację. Ta kartoteka a takze pieniądze dla poszkodowanych były z początku, przez pewien czas, trzymane w zrobionej w czasie wojny skrytce w konsolce (ozdobnym stoliku), którą miesiąc temu oddałam jako eksponat do Muzeum Historii Polski. Potem kartoteka była u Basi Rożyckiej czyli najbliższej przyjaciólki domu i mojej chrzestnej – w podwójnym tyle szafy….
Niewiele w tym wszystkim było wiekich słów, gadania o Ojczyżnie itd. Ale było bardzo konkretne ryzyko. Utraty pracy, wiezienia, kłopotów w szkole dla dziecka… itd I był konkretny wybór. Taki, który często uważany jest przez wielu za niepotrzebne ryzykanctwo, romantyczne frajerstwo… Taki wybór ma nie zawsze równie dramatyczny charakter, ale prawie każdy kiedyś, w jakimś, czasem malutkim zakresie, w jakiejś chwili na takie wybory natrafia.
Nie jest źle wiedzieć, że to romantyczne frajerstwo, summa summarum jednak się opłaca… Symboliczne zwycięstwo po 40 latach.

 Agnieszka Romaszewska – córka Zbigniewa Romaszewskiego
Ul Zb Romaszewskiego